-Co do...
Kolana się pod nim ugięły, a oddech przyspieszył.
"Wykituję. Jak nic wykituję..."
Resztkami sił otworzył okno i upadł na łóżko. Ściana. Guzik.
-Spokojnie...Uspokój się.
Po chwili z niedużego głośniczka usłyszał dobrotliwy głos pielęgniarki.
-Max? Dobrze się czujesz? Halo...Skończyłeś już rozmawiać? Co robisz? Jakoś ciężko oddychasz...
Nie zauważył, kiedy przyszła. Pamięta tylko okrągłe jak kamyczki pigułki i strumień zimnej wody w gardle.
-Ciii...Będzie dobrze...
Z okna powiał chłodny wiatr. Kobieta podniosła się, by je zamknąć, a Max delikatnie zwrócił głowę w jego stronę. Miękki, szarawy zmierzch opadał na zmęczone brudem miasto.
-Oszalałeś młody? Chciałeś się przeziębić?
-Psze pani...-czuł, że odpływa.-Na dworze jest przecież ciepło.
★
Jenna złapała się za głowę. Podobno Max miał jakiś atak paniki. Teraz spał, wykończony i nafaszerowany tabletkami. A ona musiała czekać aż się obudzi, popijając wodniste americano.
Nie lubiła kliniki, zimnej i białej, bez żadnej smugi brudu czy życia. Jako detektyw rzadko interesowała się pacjentami. Max był wyjątkiem...Koniec. Wystarczy.
-Idę zapalić-burknęła. Często mówiła do siebie.
Wstała z krzesła i skierowała się w stronę szklanych drzwi. Otworzyły się bezdźwięcznie.
Victor miał siedemnaście lat. Mniej więcej w wieku Maxa. Nie byli podobni, wręcz przeciwnie. Vic nie umiał nawet grać na cymbałkach, nie mówiąc o zakładaniu zespołu. Krępy blondyn, urodzony sportowiec, kiepski matematyk. Dusza towarzystwa. Nabijał się z takich dzieciaków jak Max.
-Z braku prawdziwych problemów zajmują się pierdołami.
Czasami zbyt gruboskórny, ale nie zły czy głupi. Miał skłonność do generalizowania.
W ogóle nie przypominał Maxa. Poza tą jedną chwilą...
-Mamo.
Mówił. Rozpoznawał ją!
-Vic! Kochanie...Synku...Ty...
-Umieram, wiesz?
Czasami człowiek czuje, że spada na niego niebo, całe i naraz. I wiemy, że nie damy rady, ale chcemy je udźwignąć.
-Co ty gadasz, młody! Co ty gadasz...Nabierasz sił, przeszczep został przyjęty! Ty...
Ten uśmiech. Chyba on decydował o podobieństwie.
-Nie, mamo. Nie jest dobrze. To t y c h c e s z, by było dobrze...
Pogłaskał jej rękę.
-Kto będzie napastnikiem w naszej drużynie? Nie nadają się zupełnie...
Roześmiał się cichutko i zamknął oczy. Nierówny pisk EKG. Zawołała lekarza.
Zabrali Victora na salę operacyjną.
Po trzech godzinach leżał znów w białej, szpitalnej pościeli. Nieżywy.
Max był wtedy taki jak on-blady i bezbronny, nie umiał nawet sam oddychać.
-Jenny...Wstał. Chcesz go już wziąć na spytki?
czwartek, 25 grudnia 2014
poniedziałek, 10 listopada 2014
Nieudany Bóg
Człowiek od zawsze próbuje stworzyć Boga. Albo uczynić nim coś już istniejącego. Alchemia i astronomia, sztuczna inteligencja i superbohaterowie. Podświadome dążenie do poznania i okiełznania Boga, którego istnienie wydaje się sprawą drugorzędną.
Mike chciał być Bogiem. I to bardzo. Nie chodziło o ego czy zamiłowanie do władzy i potęgi. Taki Bóg ma bardzo odpowiedzialne zadanie-ponosi winę za wszystko, nawet to, czego nie zrobił i wysłuchuje cierpliwie ludzi, zarzucających Mu efekty własnej głupoty.
Ale bycie Bogiem daje też wielkie możliwości, a tego pragnął Michael. Od małego marzył, by ratować setki i tysiące istnień-przeszczepiać serca, nerki, czemu by nie fragmenty mózgu! Wskrzeszać tych, na których nikt już nie liczył i nie czekał, od lat podłączonych do maszyn czy ubieranych do trumny. Chciał czynić cuda.
A sam został ukrzyżowany. Bez zmartwychwstania.
Nienawidził tej pracy i wszystkiego, co z nią związane. Tlenionej recepcjonistki, obleśnej wykładziny, wiecznie zepsutego ekspresu do kawy, opasłego właściciela, nerwowych drgawek dyrektora, stukającej obcasami sekretarki, śmierdzącego prosektorium, trupów, biało-niebieskich urządzeń. Zakazu palenia, przeklinania i zastanawiania się, co ty tu do cholery robisz i gdzie się podziały twoje plany i marzenia.
Bo człowiek nie zawsze zmienia się na lepsze.
Kiedyś udzielał wywiadu. Chyba po otrzymaniu jakiejś ogólnokrajowej, niezbyt interesującej nagrody. Dostał pozłacany medal z żelaza, ładnie oprawiony dyplom z pergaminu i trochę pieniędzy. Chyba je przepił w ciągu tygodnia. Zazwyczaj był bardzo oszczędny, ale tym razem dolary ciążyły mu w kieszeni.
-Jak pan myśli-Młody dziennikarz nerwowo spojrzał na niego spod czerwonych Ray Banów-Jak by Pan zareagował? Co by Pan powiedział jako piętnastolatek, gdyby spotkał Pan dorosłą wersję siebie? Człowieka, jakim Pan teraz jest?
Chyba wtedy stwierdził, że zmarnował sobie życie. Dokumenty, skalpele i nocne zmiany nie pozwalały mu tego wcześniej zauważyć.
-Uderzyłbym się w twarz. Nikt mnie nigdy nie rozczarował swoim tchórzostwem i obojętnością bardzo, jak ja sam.
Mike chciał być Bogiem. I to bardzo. Nie chodziło o ego czy zamiłowanie do władzy i potęgi. Taki Bóg ma bardzo odpowiedzialne zadanie-ponosi winę za wszystko, nawet to, czego nie zrobił i wysłuchuje cierpliwie ludzi, zarzucających Mu efekty własnej głupoty.
Ale bycie Bogiem daje też wielkie możliwości, a tego pragnął Michael. Od małego marzył, by ratować setki i tysiące istnień-przeszczepiać serca, nerki, czemu by nie fragmenty mózgu! Wskrzeszać tych, na których nikt już nie liczył i nie czekał, od lat podłączonych do maszyn czy ubieranych do trumny. Chciał czynić cuda.
A sam został ukrzyżowany. Bez zmartwychwstania.
Nienawidził tej pracy i wszystkiego, co z nią związane. Tlenionej recepcjonistki, obleśnej wykładziny, wiecznie zepsutego ekspresu do kawy, opasłego właściciela, nerwowych drgawek dyrektora, stukającej obcasami sekretarki, śmierdzącego prosektorium, trupów, biało-niebieskich urządzeń. Zakazu palenia, przeklinania i zastanawiania się, co ty tu do cholery robisz i gdzie się podziały twoje plany i marzenia.
Bo człowiek nie zawsze zmienia się na lepsze.
Kiedyś udzielał wywiadu. Chyba po otrzymaniu jakiejś ogólnokrajowej, niezbyt interesującej nagrody. Dostał pozłacany medal z żelaza, ładnie oprawiony dyplom z pergaminu i trochę pieniędzy. Chyba je przepił w ciągu tygodnia. Zazwyczaj był bardzo oszczędny, ale tym razem dolary ciążyły mu w kieszeni.
-Jak pan myśli-Młody dziennikarz nerwowo spojrzał na niego spod czerwonych Ray Banów-Jak by Pan zareagował? Co by Pan powiedział jako piętnastolatek, gdyby spotkał Pan dorosłą wersję siebie? Człowieka, jakim Pan teraz jest?
Chyba wtedy stwierdził, że zmarnował sobie życie. Dokumenty, skalpele i nocne zmiany nie pozwalały mu tego wcześniej zauważyć.
-Uderzyłbym się w twarz. Nikt mnie nigdy nie rozczarował swoim tchórzostwem i obojętnością bardzo, jak ja sam.
Wycięli ten fragment. Nie pasował do lukrowanego portretu człowieka pracy.
Za to idealne pasował do Mike'a.
*
-Bierzesz jakieś leki, Max? Bez których nie możesz się obejść?
Pogoda za oknem wciąż beznadziejna. Niedługo nadejdzie krótka, mroźna zima, pełna sanek i bałwanów.
Bałwanów w Ameryce nigdy nie brakowało.
Wróci niedługo do Los Angeles. Zaczną się z chłopakami ostro przygotowywać do Nowego Roku-tłumy młodych i zbuntowanych same się nie zabawią...Oni i alkohol będą czynnikiem nadrzędnym.
-Yyy, słucham? No, nie...
Bo nie brał leków. Choć powinien. I radził sobie bez nich. Choć nie powinien.
-Dobrze...To było chyba ostatnie pytanie. Daj mi znać, jakbyś czegoś potrzebował.
Zastukał palcami w brudną szybę.
-Właściwie...Już potrzebuję. Czy mógłbym od Pani zadzwonić?
-Zabiorę komórkę przy obchodzie-zawołała pielęgniarka na odchodne. Miła kobieta. W końcu za to jej płacą...
W słuchawce cichutko zaszeleściło.
-Halo?
-Hannah? To ja...
-Max?
-Ważko...
-Maxi, gdzie jesteś? Coś się stało?-Głos dziewczyny lekko zmiękł.
-Czy...Mogę Ci coś wyznać? Chodzi o dziadka Phila. I jego brata...Wydaje mi się od dłuższego czasu, że dziadek nie zrobił tego sam. Myślę, że został...A...w tym palce.
-...sze cię.
-Co...wisz?
Koniec. Rozłączyło ich. Albo raczej rozłączył. Ciężko to nazwać przypadkiem.
Na ekranie pojawiło się powiadomienie.
"Nie ufaj nikomu, nigdy i za nic, bo chciwi ludzie nie znają granic...Chesz żyć? MILCZ."
Ekran zgasł, a telefon odmawiał włączenia się.
-Co do...
Chyba jednak potrzebował tych leków. Wujek miał rację. O ile...
Wystarczy. Czas wyjść na zewnątrz. Albo zwariować, do wyboru.
Etykiety:
akcja,
andy six,
andy the poet,
kryminał,
morderca,
muzyka,
opowiadanie,
pisać,
pocisk,
poeta,
strzał,
szpital,
sztuka,
śmierć,
tajemnica
wtorek, 21 października 2014
3. Gwiazdy
Obudziła go nieznośna cisza.
Pikanie maszyn ustało. Nie wiedział tego, po prostu czuł, że coś jest nie tak. Próbował obrócić głowę w lewo. Nie mógł.
-Zaraz..
Wyrwał rurki tlenowe z nosa i rzucił się na podłogę, wywracając przy tym wątłe, szpitalne łóżko i kroplówkę, której, mimo rozpaczliwych prób, nie umiał się pozbyć.
-Spokojnie. Jak się opanujesz, dasz radę ze wszystkim. Jezu, nic nie widzę...
Podpełzł po omacku do małej, zielonej lampki na sporym urządzeniu przy oknie i delikatnie wyjął rurkę kroplówki z 'motylka'. Czy jak się to cholerstwo w jego ręce nazywało.
-Po co się było tak szarpać, idioto?-wymamrotał, zlizując krew z ust.
Trzeba się stąd wydostać. Gdziekolwiek był.
-Max?
Odskoczył z przerażenia, uderzając przy tym głową w parapet.
-Dobrze się czujesz?
★
W granatowe niebo wzleciała chmura szarego, papierosowego dymu.
-Kiedy ostatnio patrzyłeś na gwiazdy?
Stali na betonowych schodach przy tylnym wejściu i czekali. Mike miał dyżur, a ona...Nie lubiła domu. Zwłaszcza wieczorem.
-Na pewno przed rozpoczęciem pracy tutaj...
Zaciągnęła się i rzuciła niedopałek na brunatną trawę. Wyglądał jak gwiazda. Małe, czerwone światełko. Choinkowa lampka. Nie wolno im było palić.
-Idź do domu, Jenny. Jest już późno...
-Nie szkodzi. Posiedzę tu z tobą.
Mimo, że akurat stali.
-Nie zamierzasz wracać?
Pokręciła przecząco głową.
"Zaraz wybuchnę"pomyślał. Nie potrafił znieść tej ciszy. I jej smutku...Zmieniła się.
-Przepraszam-wyszeptał-Naprawdę mi przykro. Tak chciałbym ci pomóc...W końcu jestem twoim przyjacielem.
Strzepała resztki popiołu z płaszcza i otworzyła skrzypiące, szklane drzwi.
-Idę sprawdzić co u młodego, ok?
Michael usiadł, opierając się plecami o poręcz. Nie próbował jej zatrzymywać.
-Debil...Ale ze mnie debil...
Przecież ona tak bała się litości.
★
-Brakowało tylko wstrząsu mózgu...
-Wstrząśnienia.
Jenna spojrzała na chłopca badawczo.
-Słucham?
-Wstrząśnienia-odparł-Powinno się mówić wstrząśnienia.
Westchnęła głośno i wyruszyła ramionami. W szkołach najwyraźniej nic się nie zmieniło. Kolejne pokolenie napychane jest bezużyteczną, wyspecjalizowaną wiedzą. Tak przynajmniej to wyglądało.
-Zaraz ci wszystko wytłumaczę...Twoi rodzice mieszkają tutaj, nie? Znasz ich numer telefonu?
Najwyraźniej nie miał wstrząśnienia mózgu, bo pięć minut później Jenna dodzwoniła się do jego matki. Kobieta o miękkim, niskim głosie. Z lekkim południowym akcentem. Kalifornia?
-Dziękuję pani za informacje...Tak się cieszę, że nic mu nie jest! Straciłam rok temu ojca, a wczoraj wuja. Co prawda dawno z nim nie rozmawiałam. Konflikt...Ale jednak! A teraz jeszcze syn! To byłby zbyt wielki cios. Ja...Nie mogę...Boże, dzięki Ci!
Chwila.
-Przepraszam, że dopytuję...Pani wuj?
-Profesor postrzelony wczoraj w nocy...Przeprowadzacie państwo sekcję zwłok...Kojarzy pani?
Jenna upusciła telefon na laminowaną podłogę.
Max był krewnym profesora!
-Ciekawe ile jeszcze żyć padnie ofiarą czyichś ambicji...
Podniosła komórkę i wybrała numer Michaela. To nie mogło czekać do jutra.
Bo jutro może nigdy nie nadejść.
Pikanie maszyn ustało. Nie wiedział tego, po prostu czuł, że coś jest nie tak. Próbował obrócić głowę w lewo. Nie mógł.
-Zaraz..
Wyrwał rurki tlenowe z nosa i rzucił się na podłogę, wywracając przy tym wątłe, szpitalne łóżko i kroplówkę, której, mimo rozpaczliwych prób, nie umiał się pozbyć.
-Spokojnie. Jak się opanujesz, dasz radę ze wszystkim. Jezu, nic nie widzę...
Podpełzł po omacku do małej, zielonej lampki na sporym urządzeniu przy oknie i delikatnie wyjął rurkę kroplówki z 'motylka'. Czy jak się to cholerstwo w jego ręce nazywało.
-Po co się było tak szarpać, idioto?-wymamrotał, zlizując krew z ust.
Trzeba się stąd wydostać. Gdziekolwiek był.
-Max?
Odskoczył z przerażenia, uderzając przy tym głową w parapet.
-Dobrze się czujesz?
★
W granatowe niebo wzleciała chmura szarego, papierosowego dymu.
-Kiedy ostatnio patrzyłeś na gwiazdy?
Stali na betonowych schodach przy tylnym wejściu i czekali. Mike miał dyżur, a ona...Nie lubiła domu. Zwłaszcza wieczorem.
-Na pewno przed rozpoczęciem pracy tutaj...
Zaciągnęła się i rzuciła niedopałek na brunatną trawę. Wyglądał jak gwiazda. Małe, czerwone światełko. Choinkowa lampka. Nie wolno im było palić.
-Idź do domu, Jenny. Jest już późno...
-Nie szkodzi. Posiedzę tu z tobą.
Mimo, że akurat stali.
-Nie zamierzasz wracać?
Pokręciła przecząco głową.
"Zaraz wybuchnę"pomyślał. Nie potrafił znieść tej ciszy. I jej smutku...Zmieniła się.
-Przepraszam-wyszeptał-Naprawdę mi przykro. Tak chciałbym ci pomóc...W końcu jestem twoim przyjacielem.
Strzepała resztki popiołu z płaszcza i otworzyła skrzypiące, szklane drzwi.
-Idę sprawdzić co u młodego, ok?
Michael usiadł, opierając się plecami o poręcz. Nie próbował jej zatrzymywać.
-Debil...Ale ze mnie debil...
Przecież ona tak bała się litości.
★
-Brakowało tylko wstrząsu mózgu...
-Wstrząśnienia.
Jenna spojrzała na chłopca badawczo.
-Słucham?
-Wstrząśnienia-odparł-Powinno się mówić wstrząśnienia.
Westchnęła głośno i wyruszyła ramionami. W szkołach najwyraźniej nic się nie zmieniło. Kolejne pokolenie napychane jest bezużyteczną, wyspecjalizowaną wiedzą. Tak przynajmniej to wyglądało.
-Zaraz ci wszystko wytłumaczę...Twoi rodzice mieszkają tutaj, nie? Znasz ich numer telefonu?
Najwyraźniej nie miał wstrząśnienia mózgu, bo pięć minut później Jenna dodzwoniła się do jego matki. Kobieta o miękkim, niskim głosie. Z lekkim południowym akcentem. Kalifornia?
-Dziękuję pani za informacje...Tak się cieszę, że nic mu nie jest! Straciłam rok temu ojca, a wczoraj wuja. Co prawda dawno z nim nie rozmawiałam. Konflikt...Ale jednak! A teraz jeszcze syn! To byłby zbyt wielki cios. Ja...Nie mogę...Boże, dzięki Ci!
Chwila.
-Przepraszam, że dopytuję...Pani wuj?
-Profesor postrzelony wczoraj w nocy...Przeprowadzacie państwo sekcję zwłok...Kojarzy pani?
Jenna upusciła telefon na laminowaną podłogę.
Max był krewnym profesora!
-Ciekawe ile jeszcze żyć padnie ofiarą czyichś ambicji...
Podniosła komórkę i wybrała numer Michaela. To nie mogło czekać do jutra.
Bo jutro może nigdy nie nadejść.
poniedziałek, 6 października 2014
2. Celny strzał
Coś się działo. Widziała to w twarzy Michaela, z której znikł uśmiech, a nawet zarost-poerwszorzędne oznaki jego dobrego humoru.
-Kolejny przypadek, Jenna. Trzeci w tym tygodniu...
O nie.
Znowu zaczną się spekulacje, grzebanie w zaschniętych tkankach i niekończące się rozmowy z roztrzęsionymi bliskimi. I trzeba to znieść. Siła czy cynizm? Nieważne. Na jedno wychodzi...
-Wykonali już sekcję zwłok?
Beżowy korytarz wypełniała cisza. Nawet niewygodne i irytujące szpilki Jenny nie wydawały żadnego dźwięku. Nienawidzili tego idiotycznego dywanu w kwadraty, ale cóż. Przy pensji, jaką dostawali, każda wykładzina stawała się znośna.
-Nie.
-Czemu? Nie możemy tracić czasu...
Coś zgrzytnęło. Gruby, zaspany facet w garniturze wyruszył zapewne po kolejną kawę.
-Bo ofiara żyje. Dziura postrzałowa tuż pod płucem. Szczęście...
-Albo misterny plan i zastraszanie.
Na opalonej twarzy Mike'a ukazał się lekki uśmieszek. Dziwnie ją to uspokoiło. Zawsze mu ufała i w niego wierzyła, może nawet za bardzo.
-Geniusz czy paranoik? Twoje teorie mnie zachwycają.
-Na jedno wychodzi-burknęła.
Życie jest jednak proste. Liczy się sterylny efekt, a cele i środki pozostawmy filozofom. Niech rozstrzygają, gdy już będzie po wszystkim.
★
-Cholerne korki-mruknął profesor.-Ile można?
Wciąż ustające dostawy prądu podczas pisania pracy naukowej naprawdę przestały go bawić. Znów musiał wstać i sprawdzić bezpieczniki.
Poszedł w stronę holu przesuwając kościstymi palcami po ścianie.
Zamarł.
-Wydaje ci się, staruszku...-wymamrotał sam do siebie.-Potrzebujesz odpoczynku...
-Nie wydaje ci się.
Ten mdły szept rozpoznałby wszędzie.
-To nie ja! Przysięgam! To...
Huk, brzdęk tłuczonego szkła i głuche stęknięcie. I tyle. Skamieniało wszystko, prócz cierpliwie cieknącej strugi krwi i tańczącej na wietrze firanki.
Cisza.
★
-To młody chłopak-wyjaśnił Michael otwierając przed nią drzwi.-O dziwo, nie ma już zagrożenia życia. Bardzo silny organizm, nawet z zakażeniem szybko żeśmy się uporali. Możesz go zobaczyć, a za parę dni to pewnie pogadacie.
Weszli do idealnie czystej, białej sali. W powietrzu nie unosiło się nic prócz sapliwego oddechu pacjenta i równomiernego pikania maszyn.
Tak, według Jenny, wygląda piekło. Perfekcja i czekanie.
-Śmiało, podejdź do niego.
Spojrzała. Ładny chłopak. Wysoki i szczupły, z pociągłą, bladą twarzą o lekko zarysowanych kościach szczęki i policzków. W pełnych wargach miał dwa kolczyki, a w nosie rurki tlenowe. Odgarnęła długą, czarną grzywkę.
-Śpi. Wszystko w porządku, nawet ruch gałek ocznych. Dzielny!
Cieszył ją dobry stan dzieciaka, ale ten obraz sprawiał niewymowny ból.
Koniec. Nie czas na wspomnienia. Siła i cynizm.
-Kto to?
-Max Brinsan, szesnastolatek mieszkający w Los Angeles z kumplami. Mają zespół i niezłe perspektywy z nim związane...Pochodzi stąd. Miał dziś odwiedzić rodziców.
-Tyle?
-Tak. To tyle.
-A mogę tu zostać? Nic nie zepsuję. Przysięgam.
-Hm, jeśli chcesz...
Idealnie białe drzwi otworzyły się bezgłośnie. Zostali sami. Tylko przy pogrążonym w śnie chłopcu pozwoliła sobie na łzy.
Siła i cynizm. Racja?
-Kolejny przypadek, Jenna. Trzeci w tym tygodniu...
O nie.
Znowu zaczną się spekulacje, grzebanie w zaschniętych tkankach i niekończące się rozmowy z roztrzęsionymi bliskimi. I trzeba to znieść. Siła czy cynizm? Nieważne. Na jedno wychodzi...
-Wykonali już sekcję zwłok?
Beżowy korytarz wypełniała cisza. Nawet niewygodne i irytujące szpilki Jenny nie wydawały żadnego dźwięku. Nienawidzili tego idiotycznego dywanu w kwadraty, ale cóż. Przy pensji, jaką dostawali, każda wykładzina stawała się znośna.
-Nie.
-Czemu? Nie możemy tracić czasu...
Coś zgrzytnęło. Gruby, zaspany facet w garniturze wyruszył zapewne po kolejną kawę.
-Bo ofiara żyje. Dziura postrzałowa tuż pod płucem. Szczęście...
-Albo misterny plan i zastraszanie.
Na opalonej twarzy Mike'a ukazał się lekki uśmieszek. Dziwnie ją to uspokoiło. Zawsze mu ufała i w niego wierzyła, może nawet za bardzo.
-Geniusz czy paranoik? Twoje teorie mnie zachwycają.
-Na jedno wychodzi-burknęła.
Życie jest jednak proste. Liczy się sterylny efekt, a cele i środki pozostawmy filozofom. Niech rozstrzygają, gdy już będzie po wszystkim.
★
-Cholerne korki-mruknął profesor.-Ile można?
Wciąż ustające dostawy prądu podczas pisania pracy naukowej naprawdę przestały go bawić. Znów musiał wstać i sprawdzić bezpieczniki.
Poszedł w stronę holu przesuwając kościstymi palcami po ścianie.
Zamarł.
-Wydaje ci się, staruszku...-wymamrotał sam do siebie.-Potrzebujesz odpoczynku...
-Nie wydaje ci się.
Ten mdły szept rozpoznałby wszędzie.
-To nie ja! Przysięgam! To...
Huk, brzdęk tłuczonego szkła i głuche stęknięcie. I tyle. Skamieniało wszystko, prócz cierpliwie cieknącej strugi krwi i tańczącej na wietrze firanki.
Cisza.
★
-To młody chłopak-wyjaśnił Michael otwierając przed nią drzwi.-O dziwo, nie ma już zagrożenia życia. Bardzo silny organizm, nawet z zakażeniem szybko żeśmy się uporali. Możesz go zobaczyć, a za parę dni to pewnie pogadacie.
Weszli do idealnie czystej, białej sali. W powietrzu nie unosiło się nic prócz sapliwego oddechu pacjenta i równomiernego pikania maszyn.
Tak, według Jenny, wygląda piekło. Perfekcja i czekanie.
-Śmiało, podejdź do niego.
Spojrzała. Ładny chłopak. Wysoki i szczupły, z pociągłą, bladą twarzą o lekko zarysowanych kościach szczęki i policzków. W pełnych wargach miał dwa kolczyki, a w nosie rurki tlenowe. Odgarnęła długą, czarną grzywkę.
-Śpi. Wszystko w porządku, nawet ruch gałek ocznych. Dzielny!
Cieszył ją dobry stan dzieciaka, ale ten obraz sprawiał niewymowny ból.
Koniec. Nie czas na wspomnienia. Siła i cynizm.
-Kto to?
-Max Brinsan, szesnastolatek mieszkający w Los Angeles z kumplami. Mają zespół i niezłe perspektywy z nim związane...Pochodzi stąd. Miał dziś odwiedzić rodziców.
-Tyle?
-Tak. To tyle.
-A mogę tu zostać? Nic nie zepsuję. Przysięgam.
-Hm, jeśli chcesz...
Idealnie białe drzwi otworzyły się bezgłośnie. Zostali sami. Tylko przy pogrążonym w śnie chłopcu pozwoliła sobie na łzy.
Siła i cynizm. Racja?
Etykiety:
agenci,
akcja,
andy six,
andy the poet,
broń,
historia,
killer,
kryminał,
morderca,
muzyka,
opowiadanie,
pisać,
pocisk,
poeta,
profesor,
strzał,
szpital
1. Pierwszy pocisk
Chłodny, listopadowy poranek. Nad pustymi ulicami sporego miasta w południowym Ohio unosi się delikatna mgła, wszechobecna i szara. Z popielatej bramy wychodzi chłopak.
Krcht! Jego ciało przeszywa dreszcz.
-To gałązka, idioto. Spokojnie.
Zaspane, podkrążone oczy śledzą każdy milimetr ulicy. Cicha paranoja.
Jest piąta trzydzieści. Chyba. Niewiele można odczytać z tarczy zegarka w świetle nadtłuczonej latarni. Nie miał sił, bolało go wszystko, od żeber po czubki palców. Wielogodzinne śpiewanie i noc w nieogrzewanym garażu nie wpływają najlepiej na gardło. Ono też bolało.
-Hej, Max...Na pewno chcesz zostać? -pytali go koledzy.
Do LA musieli wrócić pociągiem. Nie ucieszyło ich to zbytnio,biorąc pod uwagę ilość bagaży, ekwipunku muzycznego, oraz totalne wyczerpanie i kaca. Choć to ostatnie dotyczyło tylko Johna. I tak zostawili Phineasowi większość rzeczy. Niestety, tak to wygląda, gdy kierowcą i "menedżerem" zespołu zostwój twoj sąsiad, a w pierwszą trasę ruszacie podstarzałym vanem jego wujka.
-Dalej nie pociągnie, chłopcy. Na ostatni koncert dostaniecie się sami. Przykro mi. Chciałbym wam pomóc, ale nie potrafię...
"Prawdziwe gwiazdy to mają dobrze" myślał Max "A my żyjemy z marzeń, swojej i cudzej pasji i odwagi..."
-Nie, już wam mówiłem. Prześpię się jeszcze parę godzin i pójdę do rodziców. Obiecałem im.
Wzruszyli ramionami i zaczęli wynosić walizki.
-Rozumiemy, rodzina...No ok. Widzimy się we wtorek, dobra?
-Jasne!-odparł-Przecież wam obiecałem...
Trochę zbyt często coś obiecywał.
Dom rodziców, a niegdyś i jego, był odległy o niecałą milę. Busy nie jeżdżą jak zazwyczaj. Niedziela. Wokół unosi się atmosfera snu i pustki.
Zamarł. Nie mógł uwierzyć własnym oczom.
-Co ty...Ty tutaj?! Ty...Nie! Ty nie jesteś prawdziwy! Jesteś...
Napastnik milczał. Ciężkie, jesienne powietrze przeszył huk i pełen bólu krzyk. Max padł na kolana.
-Bardziej prawdziwy niż wszystko, co znasz-wyszeptał Tamten. Tak...nijako. Najbardziej pozbawiony wyrazu dźwięk, jaki można sobie wyobrazić.
Nadal nie wierzył. W oczach chłopaka widniało nieme pytanie "Dlaczego?"
Bo, na miłość Boską, dlaczego?
Z otwartych ust wyrzucał coraz więcej powietrza. Z niedowierzaniem spoglądał na zakrwawioną rękę, którą uciskał bok. Dobrze, że nie serce. Prawda?
Powoli opadł na ziemię i ułożył głowę w wilgotnym, czerwonym piahu u Jego stóp.
Poranek znów był cichy i spokojny. Do czasu, gdy pierwsze promienie słońca odkryły przed oczami mieszkańców miasta skulonego, umierającego chłopaka.
Ktoś zadzwonił po karetkę.
Krcht! Jego ciało przeszywa dreszcz.
-To gałązka, idioto. Spokojnie.
Zaspane, podkrążone oczy śledzą każdy milimetr ulicy. Cicha paranoja.
Jest piąta trzydzieści. Chyba. Niewiele można odczytać z tarczy zegarka w świetle nadtłuczonej latarni. Nie miał sił, bolało go wszystko, od żeber po czubki palców. Wielogodzinne śpiewanie i noc w nieogrzewanym garażu nie wpływają najlepiej na gardło. Ono też bolało.
-Hej, Max...Na pewno chcesz zostać? -pytali go koledzy.
Do LA musieli wrócić pociągiem. Nie ucieszyło ich to zbytnio,biorąc pod uwagę ilość bagaży, ekwipunku muzycznego, oraz totalne wyczerpanie i kaca. Choć to ostatnie dotyczyło tylko Johna. I tak zostawili Phineasowi większość rzeczy. Niestety, tak to wygląda, gdy kierowcą i "menedżerem" zespołu zostwój twoj sąsiad, a w pierwszą trasę ruszacie podstarzałym vanem jego wujka.
-Dalej nie pociągnie, chłopcy. Na ostatni koncert dostaniecie się sami. Przykro mi. Chciałbym wam pomóc, ale nie potrafię...
"Prawdziwe gwiazdy to mają dobrze" myślał Max "A my żyjemy z marzeń, swojej i cudzej pasji i odwagi..."
-Nie, już wam mówiłem. Prześpię się jeszcze parę godzin i pójdę do rodziców. Obiecałem im.
Wzruszyli ramionami i zaczęli wynosić walizki.
-Rozumiemy, rodzina...No ok. Widzimy się we wtorek, dobra?
-Jasne!-odparł-Przecież wam obiecałem...
Trochę zbyt często coś obiecywał.
Dom rodziców, a niegdyś i jego, był odległy o niecałą milę. Busy nie jeżdżą jak zazwyczaj. Niedziela. Wokół unosi się atmosfera snu i pustki.
Zamarł. Nie mógł uwierzyć własnym oczom.
-Co ty...Ty tutaj?! Ty...Nie! Ty nie jesteś prawdziwy! Jesteś...
Napastnik milczał. Ciężkie, jesienne powietrze przeszył huk i pełen bólu krzyk. Max padł na kolana.
-Bardziej prawdziwy niż wszystko, co znasz-wyszeptał Tamten. Tak...nijako. Najbardziej pozbawiony wyrazu dźwięk, jaki można sobie wyobrazić.
Nadal nie wierzył. W oczach chłopaka widniało nieme pytanie "Dlaczego?"
Bo, na miłość Boską, dlaczego?
Z otwartych ust wyrzucał coraz więcej powietrza. Z niedowierzaniem spoglądał na zakrwawioną rękę, którą uciskał bok. Dobrze, że nie serce. Prawda?
Powoli opadł na ziemię i ułożył głowę w wilgotnym, czerwonym piahu u Jego stóp.
Poranek znów był cichy i spokojny. Do czasu, gdy pierwsze promienie słońca odkryły przed oczami mieszkańców miasta skulonego, umierającego chłopaka.
Ktoś zadzwonił po karetkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)