poniedziałek, 6 października 2014

1. Pierwszy pocisk

Chłodny, listopadowy poranek. Nad pustymi ulicami sporego miasta w południowym Ohio unosi się delikatna mgła, wszechobecna i szara. Z popielatej bramy wychodzi chłopak.
Krcht! Jego ciało przeszywa dreszcz.
-To gałązka, idioto. Spokojnie.
Zaspane, podkrążone oczy śledzą każdy milimetr ulicy. Cicha paranoja.
Jest piąta trzydzieści. Chyba. Niewiele można odczytać z tarczy zegarka w świetle nadtłuczonej latarni. Nie miał sił, bolało go wszystko, od żeber po czubki palców. Wielogodzinne śpiewanie i noc w nieogrzewanym garażu nie wpływają najlepiej na gardło. Ono też bolało.

-Hej, Max...Na pewno chcesz zostać? -pytali go koledzy.
Do LA musieli wrócić pociągiem. Nie ucieszyło ich to zbytnio,biorąc pod uwagę ilość bagaży, ekwipunku muzycznego, oraz totalne wyczerpanie i kaca. Choć to ostatnie dotyczyło tylko Johna. I tak zostawili Phineasowi większość rzeczy. Niestety, tak to wygląda, gdy kierowcą i "menedżerem" zespołu zostwój twoj sąsiad, a w pierwszą trasę ruszacie podstarzałym vanem jego wujka.
-Dalej nie pociągnie, chłopcy. Na ostatni koncert dostaniecie się sami. Przykro mi. Chciałbym wam pomóc, ale nie potrafię...
"Prawdziwe gwiazdy to mają dobrze" myślał Max "A my żyjemy z marzeń, swojej i cudzej pasji i odwagi..."
-Nie, już wam mówiłem. Prześpię się jeszcze parę godzin i pójdę do rodziców. Obiecałem im.
Wzruszyli ramionami i zaczęli wynosić walizki.
-Rozumiemy, rodzina...No ok. Widzimy się we wtorek, dobra?
-Jasne!-odparł-Przecież wam obiecałem...
Trochę zbyt często coś obiecywał.

Dom rodziców, a niegdyś i jego, był odległy o niecałą milę. Busy nie jeżdżą jak zazwyczaj. Niedziela. Wokół unosi się atmosfera snu i pustki.
Zamarł. Nie mógł uwierzyć własnym oczom.
-Co ty...Ty tutaj?! Ty...Nie! Ty nie jesteś prawdziwy! Jesteś...
Napastnik milczał. Ciężkie, jesienne powietrze przeszył huk i pełen bólu krzyk. Max padł na kolana.
-Bardziej prawdziwy niż wszystko, co znasz-wyszeptał Tamten. Tak...nijako. Najbardziej pozbawiony wyrazu dźwięk, jaki można sobie wyobrazić.
Nadal nie wierzył. W oczach chłopaka widniało nieme pytanie "Dlaczego?"
Bo, na miłość Boską, dlaczego?
Z otwartych ust wyrzucał coraz więcej powietrza. Z niedowierzaniem spoglądał na zakrwawioną rękę, którą uciskał bok. Dobrze, że nie serce. Prawda?
Powoli opadł na ziemię i ułożył głowę w wilgotnym, czerwonym piahu u Jego stóp.
Poranek znów był cichy i spokojny. Do czasu, gdy pierwsze promienie słońca odkryły przed  oczami mieszkańców miasta skulonego, umierającego chłopaka.
Ktoś zadzwonił po karetkę.

1 komentarz:

  1. Genialny styl. Szybko i przyjemnie się czyta. Jest przejrzyście.
    ciekawa fabuła. Czego chcieć więcej?
    Tylko kolejnych rozdziałów! Weny życzę! /Emila

    OdpowiedzUsuń