Coś się działo. Widziała to w twarzy Michaela, z której znikł uśmiech, a nawet zarost-poerwszorzędne oznaki jego dobrego humoru.
-Kolejny przypadek, Jenna. Trzeci w tym tygodniu...
O nie.
Znowu zaczną się spekulacje, grzebanie w zaschniętych tkankach i niekończące się rozmowy z roztrzęsionymi bliskimi. I trzeba to znieść. Siła czy cynizm? Nieważne. Na jedno wychodzi...
-Wykonali już sekcję zwłok?
Beżowy korytarz wypełniała cisza. Nawet niewygodne i irytujące szpilki Jenny nie wydawały żadnego dźwięku. Nienawidzili tego idiotycznego dywanu w kwadraty, ale cóż. Przy pensji, jaką dostawali, każda wykładzina stawała się znośna.
-Nie.
-Czemu? Nie możemy tracić czasu...
Coś zgrzytnęło. Gruby, zaspany facet w garniturze wyruszył zapewne po kolejną kawę.
-Bo ofiara żyje. Dziura postrzałowa tuż pod płucem. Szczęście...
-Albo misterny plan i zastraszanie.
Na opalonej twarzy Mike'a ukazał się lekki uśmieszek. Dziwnie ją to uspokoiło. Zawsze mu ufała i w niego wierzyła, może nawet za bardzo.
-Geniusz czy paranoik? Twoje teorie mnie zachwycają.
-Na jedno wychodzi-burknęła.
Życie jest jednak proste. Liczy się sterylny efekt, a cele i środki pozostawmy filozofom. Niech rozstrzygają, gdy już będzie po wszystkim.
★
-Cholerne korki-mruknął profesor.-Ile można?
Wciąż ustające dostawy prądu podczas pisania pracy naukowej naprawdę przestały go bawić. Znów musiał wstać i sprawdzić bezpieczniki.
Poszedł w stronę holu przesuwając kościstymi palcami po ścianie.
Zamarł.
-Wydaje ci się, staruszku...-wymamrotał sam do siebie.-Potrzebujesz odpoczynku...
-Nie wydaje ci się.
Ten mdły szept rozpoznałby wszędzie.
-To nie ja! Przysięgam! To...
Huk, brzdęk tłuczonego szkła i głuche stęknięcie. I tyle. Skamieniało wszystko, prócz cierpliwie cieknącej strugi krwi i tańczącej na wietrze firanki.
Cisza.
★
-To młody chłopak-wyjaśnił Michael otwierając przed nią drzwi.-O dziwo, nie ma już zagrożenia życia. Bardzo silny organizm, nawet z zakażeniem szybko żeśmy się uporali. Możesz go zobaczyć, a za parę dni to pewnie pogadacie.
Weszli do idealnie czystej, białej sali. W powietrzu nie unosiło się nic prócz sapliwego oddechu pacjenta i równomiernego pikania maszyn.
Tak, według Jenny, wygląda piekło. Perfekcja i czekanie.
-Śmiało, podejdź do niego.
Spojrzała. Ładny chłopak. Wysoki i szczupły, z pociągłą, bladą twarzą o lekko zarysowanych kościach szczęki i policzków. W pełnych wargach miał dwa kolczyki, a w nosie rurki tlenowe. Odgarnęła długą, czarną grzywkę.
-Śpi. Wszystko w porządku, nawet ruch gałek ocznych. Dzielny!
Cieszył ją dobry stan dzieciaka, ale ten obraz sprawiał niewymowny ból.
Koniec. Nie czas na wspomnienia. Siła i cynizm.
-Kto to?
-Max Brinsan, szesnastolatek mieszkający w Los Angeles z kumplami. Mają zespół i niezłe perspektywy z nim związane...Pochodzi stąd. Miał dziś odwiedzić rodziców.
-Tyle?
-Tak. To tyle.
-A mogę tu zostać? Nic nie zepsuję. Przysięgam.
-Hm, jeśli chcesz...
Idealnie białe drzwi otworzyły się bezgłośnie. Zostali sami. Tylko przy pogrążonym w śnie chłopcu pozwoliła sobie na łzy.
Siła i cynizm. Racja?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz