czwartek, 25 grudnia 2014

Victor

-Co do...
Kolana się pod nim ugięły, a oddech przyspieszył.
"Wykituję. Jak nic wykituję..."
Resztkami sił otworzył okno i upadł na łóżko. Ściana. Guzik.
-Spokojnie...Uspokój się.
Po chwili z niedużego głośniczka usłyszał dobrotliwy głos pielęgniarki.
-Max? Dobrze się czujesz? Halo...Skończyłeś już rozmawiać? Co robisz? Jakoś ciężko oddychasz...
Nie zauważył, kiedy przyszła. Pamięta tylko okrągłe jak kamyczki pigułki i strumień zimnej wody w gardle.
-Ciii...Będzie dobrze...
Z okna powiał chłodny wiatr. Kobieta podniosła się, by je zamknąć, a Max delikatnie zwrócił głowę w jego stronę. Miękki, szarawy zmierzch opadał na zmęczone brudem miasto.
-Oszalałeś młody? Chciałeś się przeziębić?
-Psze pani...-czuł, że odpływa.-Na dworze jest przecież ciepło.

                                                                           ★

Jenna złapała się za głowę. Podobno Max miał jakiś atak paniki. Teraz spał, wykończony i nafaszerowany tabletkami. A ona musiała czekać aż się obudzi, popijając wodniste americano.
Nie lubiła kliniki, zimnej i białej, bez żadnej smugi brudu czy życia. Jako detektyw rzadko interesowała się pacjentami. Max był wyjątkiem...Koniec. Wystarczy.
-Idę zapalić-burknęła. Często mówiła do siebie.
Wstała z krzesła i skierowała się w stronę szklanych drzwi. Otworzyły się bezdźwięcznie.
Victor miał siedemnaście lat. Mniej więcej w wieku Maxa. Nie byli podobni, wręcz przeciwnie. Vic nie umiał nawet grać na cymbałkach, nie mówiąc o zakładaniu zespołu. Krępy blondyn, urodzony sportowiec, kiepski matematyk. Dusza towarzystwa. Nabijał się z takich dzieciaków jak Max.
-Z braku prawdziwych problemów zajmują się pierdołami.
Czasami zbyt gruboskórny, ale nie zły czy głupi. Miał skłonność do generalizowania.
W ogóle nie przypominał Maxa. Poza tą jedną chwilą...
-Mamo.
Mówił. Rozpoznawał ją!
-Vic! Kochanie...Synku...Ty...
-Umieram, wiesz?
Czasami człowiek czuje, że spada na niego niebo, całe i naraz. I wiemy, że nie damy rady, ale chcemy je udźwignąć.
-Co ty gadasz, młody! Co ty gadasz...Nabierasz sił, przeszczep został przyjęty! Ty...
Ten uśmiech. Chyba on decydował o podobieństwie.
-Nie, mamo. Nie jest dobrze. To  t y  c h c e s z, by było dobrze...
Pogłaskał jej rękę.
-Kto będzie napastnikiem w naszej drużynie? Nie nadają się zupełnie...
Roześmiał się cichutko i zamknął oczy. Nierówny pisk EKG. Zawołała lekarza.
Zabrali Victora na salę operacyjną.
Po trzech godzinach leżał znów w białej, szpitalnej pościeli. Nieżywy.
 Max był wtedy taki jak on-blady i bezbronny, nie umiał nawet sam oddychać.
-Jenny...Wstał. Chcesz go już wziąć na spytki?