Pociąg przyjechał o 20:15.
Jenny uważnie obserwowała ludzi
wylewających się na peron. Pięcdziesięciolatek ze zmęczoną twarzą i
czarnym parasolem, kobieta w czerwonych szpilkach z trzęsącą się
chihuahuą na rękach, siedmioosobowa rodzina, ponadprzeciętnie wysoki
facet z około dwunastoletnimi bliźniakami, to pewnie jego dzieci. Bardzo
go przypominali, ci chłopcy.
-Cześć, siostra-rozległ się głos za plecami Jenny.
-Na miłość Boską, Jared!-wzdrygnęła się cała-Czy to twój plan? Żebym zeszła na zawał? Chcesz mieć chatę dla siebie?
Jakoś
tak sztucznie, pomyślała. Nie wiedziała czemu, ale czuła posmak
sztuczności, jej zapach w powietrzu. Może to przez wszystkich witających
się wokół ludzi. Powitania często bywają nieszczere.
-Pięknie-mruknął
Jared od niechcenia-To ja ci kupiłem taki ładny prezent, a ty mnie
posądzasz o bratobójstwo. W sensie, siostrobójstwo.
Niedbale podał jej małą paczuszkę.
-Dziękuję.
Nie musiałeś...Pożałujesz tego, gdy skończą ci się
pieniądze-powiedziała. Mimo wszystko bardzo się ucieszyła, w końcu każdy
lubi, gdy się o nim pamięta, prawda?
Ruszyli we dwójkę w stronę
parkingu. Do auta Michaela, który tymczasem bezskutecznie próbował znaleźć swój portfel. Trzeci raz w tym tygodniu. Chciała jechać sama, autobusem, ale
nalegał, że pomoże. Kilka miesięcy temu jej samochód zmienił się w proch. Wybuchła w nim bomba. Teraz przyjaciel woził Jane gdzie tylko mógł. Praca
detektywa bywa uciążliwa. Ale zabawna rymowanka, nie?
-Nie zmieniasz się od siedemnastego roku życia-mruknęła, spoglądając na brata.
-Masz rację-odparł wesoło-to kolejny dowód na to, że nie biorę narkotyków.
Westchnęła ciężko. Nie miała sił ani chęci, by się z nim użerać.
-Znalazłeś sobie jakąś dziewczynę, młody?-zagadnęła.
-Przestań. Czuję się jak w gimnazjum.
-Wyglądasz jak w gimnazjum.
Oczywiście trochę przesadziła, ale naprawdę wyglądał na sześć, nawet siedem lat młodszego, niż był naprawdę. Bardzo szczupły (jakaś nietypowa nadczynność tarczycy z nielicznymi objawami. Czy coś takiego), niby umięśniony, ale w ten mizerny sposób, jak dwunastolatek regularnie haratający w gałę na podwórku. Wyższy od Jenny, właściwie byłby wysoki, gdyby nie ciągle przygarbione plecy. Miał bladą cerę, zielone, wiecznie podkrążone oczy (znowu tarczyca) i ciemne, lekko zmierzwione włosy, nieznacznie zmniejszające jego pole widzenia. Wbrew temu wszystkiemu prezentował się nie najgorzej, należał do osób naturalnie atrakcyjnych, z rodzaju "byłby zjawiskowy, gdyby go umyć, ubrać i uczesać". Ubrać, w sensie w coś normalnego, nie żeby paradował po ulicy nago, raczej w rozklekotanych czarnych trampkach, poprzecieranych jeansach i koszulce Nirvany.
-Nałapałaś ostatnio jakichś przestępców i psycholi, siostrzyczko?
-Złapałam ciebie, to wystarczający sukces.
-Oj, przestań-westchnął-widzieliśmy się w święta…
-Dwa lata temu.
-Czepiasz się.
Telefon Jenny zabrzęczał.
"Zidentyfikowaliśmy i aresztowaliśmy kolejnego mordercę. Popełnił samobójstwo w celi. Pozdrawiam, Will"
Przełknęła ślinę. To chyba normalna sytuacja, prawda? Każdemu mogły pójść nerwy, prawda?
Prawda?
-Czy ty urządzasz mi pieszą wycieczkę po mieście?-zapytał poirytowany Jared. W jego walizce zepsuło się kółko, a noszenie jej za urywającą się rączkę łatwe nie było.
"Skup się, Jenny. Skupienie to podstawa"
-Na dodatek w naszym kochanym Vaterland -ciągnął Jared, pociągając nosem-znowu poszła kanalizacja, o ile mnie węch nie myli. Nie, nie myli, to ewidentnie popękane rury.
-Zamkniesz się w końcu?! Co jest? Pokłóciłeś się z dilerem i nie masz z kim teraz gadać?
Kolejny sygnał telefonu.
"Przesłuchujemy tego świra, który pogryzł ofiary. Bez skutku. Chyba ostatecznie postradał zmysły."
-Jeżeli ktoś tu wygląda, jakby pokłócił się z dilerem-odparł chłopak z powagą-to raczej ty, Jens.
-Prosiłam cię, żebyś mnie tak nie nazywał.
-Prosiłem cię, żebyś skończyła te bezsensowne odzywki o narkotykach.
Długo by to trwało, gdyby nie podeszli właśnie do uśmiechniętego Michaela.
-Cześć, młody!-zawołał, podając rękę Jaredowi-kopę lat.
-Racja…Co tam? Żyjesz, kroisz trupy? Wszystko po staremu?
-Tja. Nic się nie zmienia, tylko czuję się coraz bardziej zmęczony. To chyba starość-odparł z lekkim smutkiem w głosie.
-Znalazłeś portfel, Mike?-zapytała nagle Jenny.
-Aha. Leżał w bagażniku, skurczybyk.
Telefon. Znowu. Ale tym razem to nie sms.
-Cześć Will. Co? Jared? No tak, przyjechał. Ale…Naprawdę? Hm. Aha. W prządku, pogadam z nim…Tylko czemu…Dobra, nieważne, wracaj do pracy. Tak, tak. Pa.
-Jared?-Jenna zwróciła się w stronę zaskoczonego brata
-Gadaliście o mnie?
-Tak. Mam do ciebie sprawę. A raczej zadanie bojowe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz