Widzimy urywki świata. Urywki historii innych ludzi.Urywki innych ludzi. urywki urywków. Fragmenty, które nigdy nie składają się w całość, bo zwyczajnie do siebie nie pasują. Mimo, że każdy chciałby się wpasować. Żyjemy tacy, jacy się rodzimy-na wpół ślepi, ledwo przytomni i rozbici na tysiące małych kawałków, próbujących zlepić się w jedno, bezkształtne "ja". A może w trakcie życia tak naprawdę nam się pogarsza?
-Ale poczekajcie! Zrozumcie! Daliście mi tylko jego nazwisko i adres...Nikt mi, do cholery jasnej, nie powiedział, że gość ma brata, który będzie siedział w jego mieszkaniu! Nikt mi, do chole...
-Zamkniesz się?
Rudzielec cicho pisnął, gdy do podbródka przystawili mu lufę. Było ich chyba siedmiu. Wróć, ośmiu. Jeden grzebał w bagażniku szarego volvo.
-Twoje życie nic nie znaczy. Przynajmniej nie tutaj i nie teraz-wycedził facet w szarym kapturze-I wiesz o tym doskonale. Właściwie-zaczął, odsuwając broń od ofiary-nie zasługujesz, by żyć. Byłeś gotowy zabić człowieka, którego nawet nie znasz, za pieniądze? Aj aj aj...
-Przecież robisz to samo!-wrzasnął nieludzkim głosem. Jak prowadzone na ubój zwierze, które podświadomie odczuwa nadchodzącą śmierć.
-Nie, miły. Ja zabijam takie śmieci jak ty. Zostaniesz ukarany za zamordowanie niewinnego człowieka...
-Przecież nikt nie jest bez winy!-wykwiczał rudy nerwowo poruszając szczęką.
-Racja. Zwłaszcza ty-odparł Szary Kaptur pociągając za spust.
Powietrze przesyciło się hukiem i krwią, której małe kropelki przez chwilę unosiły się w powietrzu jak mgła. Na polu walały się szczątki mózgu.
-W sumie...Posłaliśmy frajera na pewną śmierć-wycedził, wycierając pistolet-ten skurw...on na pewno ma więcej zabezpieczeń w domu, niż prezydent. W końcu nie tylko ja chciałbym się go pozbyć. Jack, zabierz to ode mnie-szepnął, rzucając bronią w stronę kolegi-długo tego nie zniosę.
-Policja donosi o kolejnym morderstwie, które zostało...
Jenna wyłączyła telewizor. Właśnie skończyła wypełniać akta Maxa. Teraz siedziała, usiłując pozbierać myśli i rozsypane po podłodze kartki i fotografie.
-Ci ludzie...Co oni mogą mieć wspólnego?!
Sześćdziesięciodwuletni profesor biotechnologii. Czterdziestopięcioletni menedżer dużej firmy budowlanej. Dwudziestoletnia prostytutka...
-Skup się, stara. Skup się!
Trzydziestoczteroletnia sekretarka. Terrorysta o bliżej nieznanej dacie urodzenia, pewnie też koło trzydziestki. Szesnastoletni muzyk; na szczęście nie zginął, ale był w jakiś sposób związany z tym wszystkim. Musiał być.
Wszyscy mieszkali w Ohio. Na zwłokach każdego z nich znaleziono ten jeden, wyryty lub nabazgrany na różnych częściach ciała napis:
Wspaniały program stworzony przez Boga.
Nic więcej ich nie łączyło, nie było żadnych informacji o tym, by kiedykolwiek się poznali, a mimo to za śmiercią każdego z nich stał ten sam szalony umysł.
Wspaniały program stworzony przez Boga.
Bóg nie tworzy wspaniałych programów, pomyślała. Gdyby tak było, już dawno by posłuchał modlitw Jenny i ich zatopił. Wszystkich. Tych bardziej i mniej złych czy dobrych, bogatych i biednych, zakonnice i utrzymanki, bardziej i mniej słabych, młodych i starych, ślepych i częściowo świadomych. Niech spadnie deszcz. Bezlitośnie oczyszczający deszcz. Niech woda zmieni to miasto, ten stan, ten kraj, ten świat w rwącą rzekę, tonącą w oceanie. Niech zmyje cały brud i poniesie te oślizgłe ciała ze sobą. Niech najedzą się nimi wodne zwierzęta.
Bezlitośnie oczyszczający deszcz. Wspaniały program stworzony przez Boga...
Rzuciła wszystkie papiery na biurko. Nie miała już sił-skronie jej pulsowały jak dwa maleńkie serca.
A za oknem zaczęła się jesienna ulewa.