Obudziła go nieznośna cisza.
Pikanie maszyn ustało. Nie wiedział tego, po prostu czuł, że coś jest nie tak. Próbował obrócić głowę w lewo. Nie mógł.
-Zaraz..
Wyrwał rurki tlenowe z nosa i rzucił się na podłogę, wywracając przy tym wątłe, szpitalne łóżko i kroplówkę, której, mimo rozpaczliwych prób, nie umiał się pozbyć.
-Spokojnie. Jak się opanujesz, dasz radę ze wszystkim. Jezu, nic nie widzę...
Podpełzł po omacku do małej, zielonej lampki na sporym urządzeniu przy oknie i delikatnie wyjął rurkę kroplówki z 'motylka'. Czy jak się to cholerstwo w jego ręce nazywało.
-Po co się było tak szarpać, idioto?-wymamrotał, zlizując krew z ust.
Trzeba się stąd wydostać. Gdziekolwiek był.
-Max?
Odskoczył z przerażenia, uderzając przy tym głową w parapet.
-Dobrze się czujesz?
★
W granatowe niebo wzleciała chmura szarego, papierosowego dymu.
-Kiedy ostatnio patrzyłeś na gwiazdy?
Stali na betonowych schodach przy tylnym wejściu i czekali. Mike miał dyżur, a ona...Nie lubiła domu. Zwłaszcza wieczorem.
-Na pewno przed rozpoczęciem pracy tutaj...
Zaciągnęła się i rzuciła niedopałek na brunatną trawę. Wyglądał jak gwiazda. Małe, czerwone światełko. Choinkowa lampka. Nie wolno im było palić.
-Idź do domu, Jenny. Jest już późno...
-Nie szkodzi. Posiedzę tu z tobą.
Mimo, że akurat stali.
-Nie zamierzasz wracać?
Pokręciła przecząco głową.
"Zaraz wybuchnę"pomyślał. Nie potrafił znieść tej ciszy. I jej smutku...Zmieniła się.
-Przepraszam-wyszeptał-Naprawdę mi przykro. Tak chciałbym ci pomóc...W końcu jestem twoim przyjacielem.
Strzepała resztki popiołu z płaszcza i otworzyła skrzypiące, szklane drzwi.
-Idę sprawdzić co u młodego, ok?
Michael usiadł, opierając się plecami o poręcz. Nie próbował jej zatrzymywać.
-Debil...Ale ze mnie debil...
Przecież ona tak bała się litości.
★
-Brakowało tylko wstrząsu mózgu...
-Wstrząśnienia.
Jenna spojrzała na chłopca badawczo.
-Słucham?
-Wstrząśnienia-odparł-Powinno się mówić wstrząśnienia.
Westchnęła głośno i wyruszyła ramionami. W szkołach najwyraźniej nic się nie zmieniło. Kolejne pokolenie napychane jest bezużyteczną, wyspecjalizowaną wiedzą. Tak przynajmniej to wyglądało.
-Zaraz ci wszystko wytłumaczę...Twoi rodzice mieszkają tutaj, nie? Znasz ich numer telefonu?
Najwyraźniej nie miał wstrząśnienia mózgu, bo pięć minut później Jenna dodzwoniła się do jego matki. Kobieta o miękkim, niskim głosie. Z lekkim południowym akcentem. Kalifornia?
-Dziękuję pani za informacje...Tak się cieszę, że nic mu nie jest! Straciłam rok temu ojca, a wczoraj wuja. Co prawda dawno z nim nie rozmawiałam. Konflikt...Ale jednak! A teraz jeszcze syn! To byłby zbyt wielki cios. Ja...Nie mogę...Boże, dzięki Ci!
Chwila.
-Przepraszam, że dopytuję...Pani wuj?
-Profesor postrzelony wczoraj w nocy...Przeprowadzacie państwo sekcję zwłok...Kojarzy pani?
Jenna upusciła telefon na laminowaną podłogę.
Max był krewnym profesora!
-Ciekawe ile jeszcze żyć padnie ofiarą czyichś ambicji...
Podniosła komórkę i wybrała numer Michaela. To nie mogło czekać do jutra.
Bo jutro może nigdy nie nadejść.
wtorek, 21 października 2014
poniedziałek, 6 października 2014
2. Celny strzał
Coś się działo. Widziała to w twarzy Michaela, z której znikł uśmiech, a nawet zarost-poerwszorzędne oznaki jego dobrego humoru.
-Kolejny przypadek, Jenna. Trzeci w tym tygodniu...
O nie.
Znowu zaczną się spekulacje, grzebanie w zaschniętych tkankach i niekończące się rozmowy z roztrzęsionymi bliskimi. I trzeba to znieść. Siła czy cynizm? Nieważne. Na jedno wychodzi...
-Wykonali już sekcję zwłok?
Beżowy korytarz wypełniała cisza. Nawet niewygodne i irytujące szpilki Jenny nie wydawały żadnego dźwięku. Nienawidzili tego idiotycznego dywanu w kwadraty, ale cóż. Przy pensji, jaką dostawali, każda wykładzina stawała się znośna.
-Nie.
-Czemu? Nie możemy tracić czasu...
Coś zgrzytnęło. Gruby, zaspany facet w garniturze wyruszył zapewne po kolejną kawę.
-Bo ofiara żyje. Dziura postrzałowa tuż pod płucem. Szczęście...
-Albo misterny plan i zastraszanie.
Na opalonej twarzy Mike'a ukazał się lekki uśmieszek. Dziwnie ją to uspokoiło. Zawsze mu ufała i w niego wierzyła, może nawet za bardzo.
-Geniusz czy paranoik? Twoje teorie mnie zachwycają.
-Na jedno wychodzi-burknęła.
Życie jest jednak proste. Liczy się sterylny efekt, a cele i środki pozostawmy filozofom. Niech rozstrzygają, gdy już będzie po wszystkim.
★
-Cholerne korki-mruknął profesor.-Ile można?
Wciąż ustające dostawy prądu podczas pisania pracy naukowej naprawdę przestały go bawić. Znów musiał wstać i sprawdzić bezpieczniki.
Poszedł w stronę holu przesuwając kościstymi palcami po ścianie.
Zamarł.
-Wydaje ci się, staruszku...-wymamrotał sam do siebie.-Potrzebujesz odpoczynku...
-Nie wydaje ci się.
Ten mdły szept rozpoznałby wszędzie.
-To nie ja! Przysięgam! To...
Huk, brzdęk tłuczonego szkła i głuche stęknięcie. I tyle. Skamieniało wszystko, prócz cierpliwie cieknącej strugi krwi i tańczącej na wietrze firanki.
Cisza.
★
-To młody chłopak-wyjaśnił Michael otwierając przed nią drzwi.-O dziwo, nie ma już zagrożenia życia. Bardzo silny organizm, nawet z zakażeniem szybko żeśmy się uporali. Możesz go zobaczyć, a za parę dni to pewnie pogadacie.
Weszli do idealnie czystej, białej sali. W powietrzu nie unosiło się nic prócz sapliwego oddechu pacjenta i równomiernego pikania maszyn.
Tak, według Jenny, wygląda piekło. Perfekcja i czekanie.
-Śmiało, podejdź do niego.
Spojrzała. Ładny chłopak. Wysoki i szczupły, z pociągłą, bladą twarzą o lekko zarysowanych kościach szczęki i policzków. W pełnych wargach miał dwa kolczyki, a w nosie rurki tlenowe. Odgarnęła długą, czarną grzywkę.
-Śpi. Wszystko w porządku, nawet ruch gałek ocznych. Dzielny!
Cieszył ją dobry stan dzieciaka, ale ten obraz sprawiał niewymowny ból.
Koniec. Nie czas na wspomnienia. Siła i cynizm.
-Kto to?
-Max Brinsan, szesnastolatek mieszkający w Los Angeles z kumplami. Mają zespół i niezłe perspektywy z nim związane...Pochodzi stąd. Miał dziś odwiedzić rodziców.
-Tyle?
-Tak. To tyle.
-A mogę tu zostać? Nic nie zepsuję. Przysięgam.
-Hm, jeśli chcesz...
Idealnie białe drzwi otworzyły się bezgłośnie. Zostali sami. Tylko przy pogrążonym w śnie chłopcu pozwoliła sobie na łzy.
Siła i cynizm. Racja?
-Kolejny przypadek, Jenna. Trzeci w tym tygodniu...
O nie.
Znowu zaczną się spekulacje, grzebanie w zaschniętych tkankach i niekończące się rozmowy z roztrzęsionymi bliskimi. I trzeba to znieść. Siła czy cynizm? Nieważne. Na jedno wychodzi...
-Wykonali już sekcję zwłok?
Beżowy korytarz wypełniała cisza. Nawet niewygodne i irytujące szpilki Jenny nie wydawały żadnego dźwięku. Nienawidzili tego idiotycznego dywanu w kwadraty, ale cóż. Przy pensji, jaką dostawali, każda wykładzina stawała się znośna.
-Nie.
-Czemu? Nie możemy tracić czasu...
Coś zgrzytnęło. Gruby, zaspany facet w garniturze wyruszył zapewne po kolejną kawę.
-Bo ofiara żyje. Dziura postrzałowa tuż pod płucem. Szczęście...
-Albo misterny plan i zastraszanie.
Na opalonej twarzy Mike'a ukazał się lekki uśmieszek. Dziwnie ją to uspokoiło. Zawsze mu ufała i w niego wierzyła, może nawet za bardzo.
-Geniusz czy paranoik? Twoje teorie mnie zachwycają.
-Na jedno wychodzi-burknęła.
Życie jest jednak proste. Liczy się sterylny efekt, a cele i środki pozostawmy filozofom. Niech rozstrzygają, gdy już będzie po wszystkim.
★
-Cholerne korki-mruknął profesor.-Ile można?
Wciąż ustające dostawy prądu podczas pisania pracy naukowej naprawdę przestały go bawić. Znów musiał wstać i sprawdzić bezpieczniki.
Poszedł w stronę holu przesuwając kościstymi palcami po ścianie.
Zamarł.
-Wydaje ci się, staruszku...-wymamrotał sam do siebie.-Potrzebujesz odpoczynku...
-Nie wydaje ci się.
Ten mdły szept rozpoznałby wszędzie.
-To nie ja! Przysięgam! To...
Huk, brzdęk tłuczonego szkła i głuche stęknięcie. I tyle. Skamieniało wszystko, prócz cierpliwie cieknącej strugi krwi i tańczącej na wietrze firanki.
Cisza.
★
-To młody chłopak-wyjaśnił Michael otwierając przed nią drzwi.-O dziwo, nie ma już zagrożenia życia. Bardzo silny organizm, nawet z zakażeniem szybko żeśmy się uporali. Możesz go zobaczyć, a za parę dni to pewnie pogadacie.
Weszli do idealnie czystej, białej sali. W powietrzu nie unosiło się nic prócz sapliwego oddechu pacjenta i równomiernego pikania maszyn.
Tak, według Jenny, wygląda piekło. Perfekcja i czekanie.
-Śmiało, podejdź do niego.
Spojrzała. Ładny chłopak. Wysoki i szczupły, z pociągłą, bladą twarzą o lekko zarysowanych kościach szczęki i policzków. W pełnych wargach miał dwa kolczyki, a w nosie rurki tlenowe. Odgarnęła długą, czarną grzywkę.
-Śpi. Wszystko w porządku, nawet ruch gałek ocznych. Dzielny!
Cieszył ją dobry stan dzieciaka, ale ten obraz sprawiał niewymowny ból.
Koniec. Nie czas na wspomnienia. Siła i cynizm.
-Kto to?
-Max Brinsan, szesnastolatek mieszkający w Los Angeles z kumplami. Mają zespół i niezłe perspektywy z nim związane...Pochodzi stąd. Miał dziś odwiedzić rodziców.
-Tyle?
-Tak. To tyle.
-A mogę tu zostać? Nic nie zepsuję. Przysięgam.
-Hm, jeśli chcesz...
Idealnie białe drzwi otworzyły się bezgłośnie. Zostali sami. Tylko przy pogrążonym w śnie chłopcu pozwoliła sobie na łzy.
Siła i cynizm. Racja?
Etykiety:
agenci,
akcja,
andy six,
andy the poet,
broń,
historia,
killer,
kryminał,
morderca,
muzyka,
opowiadanie,
pisać,
pocisk,
poeta,
profesor,
strzał,
szpital
1. Pierwszy pocisk
Chłodny, listopadowy poranek. Nad pustymi ulicami sporego miasta w południowym Ohio unosi się delikatna mgła, wszechobecna i szara. Z popielatej bramy wychodzi chłopak.
Krcht! Jego ciało przeszywa dreszcz.
-To gałązka, idioto. Spokojnie.
Zaspane, podkrążone oczy śledzą każdy milimetr ulicy. Cicha paranoja.
Jest piąta trzydzieści. Chyba. Niewiele można odczytać z tarczy zegarka w świetle nadtłuczonej latarni. Nie miał sił, bolało go wszystko, od żeber po czubki palców. Wielogodzinne śpiewanie i noc w nieogrzewanym garażu nie wpływają najlepiej na gardło. Ono też bolało.
-Hej, Max...Na pewno chcesz zostać? -pytali go koledzy.
Do LA musieli wrócić pociągiem. Nie ucieszyło ich to zbytnio,biorąc pod uwagę ilość bagaży, ekwipunku muzycznego, oraz totalne wyczerpanie i kaca. Choć to ostatnie dotyczyło tylko Johna. I tak zostawili Phineasowi większość rzeczy. Niestety, tak to wygląda, gdy kierowcą i "menedżerem" zespołu zostwój twoj sąsiad, a w pierwszą trasę ruszacie podstarzałym vanem jego wujka.
-Dalej nie pociągnie, chłopcy. Na ostatni koncert dostaniecie się sami. Przykro mi. Chciałbym wam pomóc, ale nie potrafię...
"Prawdziwe gwiazdy to mają dobrze" myślał Max "A my żyjemy z marzeń, swojej i cudzej pasji i odwagi..."
-Nie, już wam mówiłem. Prześpię się jeszcze parę godzin i pójdę do rodziców. Obiecałem im.
Wzruszyli ramionami i zaczęli wynosić walizki.
-Rozumiemy, rodzina...No ok. Widzimy się we wtorek, dobra?
-Jasne!-odparł-Przecież wam obiecałem...
Trochę zbyt często coś obiecywał.
Dom rodziców, a niegdyś i jego, był odległy o niecałą milę. Busy nie jeżdżą jak zazwyczaj. Niedziela. Wokół unosi się atmosfera snu i pustki.
Zamarł. Nie mógł uwierzyć własnym oczom.
-Co ty...Ty tutaj?! Ty...Nie! Ty nie jesteś prawdziwy! Jesteś...
Napastnik milczał. Ciężkie, jesienne powietrze przeszył huk i pełen bólu krzyk. Max padł na kolana.
-Bardziej prawdziwy niż wszystko, co znasz-wyszeptał Tamten. Tak...nijako. Najbardziej pozbawiony wyrazu dźwięk, jaki można sobie wyobrazić.
Nadal nie wierzył. W oczach chłopaka widniało nieme pytanie "Dlaczego?"
Bo, na miłość Boską, dlaczego?
Z otwartych ust wyrzucał coraz więcej powietrza. Z niedowierzaniem spoglądał na zakrwawioną rękę, którą uciskał bok. Dobrze, że nie serce. Prawda?
Powoli opadł na ziemię i ułożył głowę w wilgotnym, czerwonym piahu u Jego stóp.
Poranek znów był cichy i spokojny. Do czasu, gdy pierwsze promienie słońca odkryły przed oczami mieszkańców miasta skulonego, umierającego chłopaka.
Ktoś zadzwonił po karetkę.
Krcht! Jego ciało przeszywa dreszcz.
-To gałązka, idioto. Spokojnie.
Zaspane, podkrążone oczy śledzą każdy milimetr ulicy. Cicha paranoja.
Jest piąta trzydzieści. Chyba. Niewiele można odczytać z tarczy zegarka w świetle nadtłuczonej latarni. Nie miał sił, bolało go wszystko, od żeber po czubki palców. Wielogodzinne śpiewanie i noc w nieogrzewanym garażu nie wpływają najlepiej na gardło. Ono też bolało.
-Hej, Max...Na pewno chcesz zostać? -pytali go koledzy.
Do LA musieli wrócić pociągiem. Nie ucieszyło ich to zbytnio,biorąc pod uwagę ilość bagaży, ekwipunku muzycznego, oraz totalne wyczerpanie i kaca. Choć to ostatnie dotyczyło tylko Johna. I tak zostawili Phineasowi większość rzeczy. Niestety, tak to wygląda, gdy kierowcą i "menedżerem" zespołu zostwój twoj sąsiad, a w pierwszą trasę ruszacie podstarzałym vanem jego wujka.
-Dalej nie pociągnie, chłopcy. Na ostatni koncert dostaniecie się sami. Przykro mi. Chciałbym wam pomóc, ale nie potrafię...
"Prawdziwe gwiazdy to mają dobrze" myślał Max "A my żyjemy z marzeń, swojej i cudzej pasji i odwagi..."
-Nie, już wam mówiłem. Prześpię się jeszcze parę godzin i pójdę do rodziców. Obiecałem im.
Wzruszyli ramionami i zaczęli wynosić walizki.
-Rozumiemy, rodzina...No ok. Widzimy się we wtorek, dobra?
-Jasne!-odparł-Przecież wam obiecałem...
Trochę zbyt często coś obiecywał.
Dom rodziców, a niegdyś i jego, był odległy o niecałą milę. Busy nie jeżdżą jak zazwyczaj. Niedziela. Wokół unosi się atmosfera snu i pustki.
Zamarł. Nie mógł uwierzyć własnym oczom.
-Co ty...Ty tutaj?! Ty...Nie! Ty nie jesteś prawdziwy! Jesteś...
Napastnik milczał. Ciężkie, jesienne powietrze przeszył huk i pełen bólu krzyk. Max padł na kolana.
-Bardziej prawdziwy niż wszystko, co znasz-wyszeptał Tamten. Tak...nijako. Najbardziej pozbawiony wyrazu dźwięk, jaki można sobie wyobrazić.
Nadal nie wierzył. W oczach chłopaka widniało nieme pytanie "Dlaczego?"
Bo, na miłość Boską, dlaczego?
Z otwartych ust wyrzucał coraz więcej powietrza. Z niedowierzaniem spoglądał na zakrwawioną rękę, którą uciskał bok. Dobrze, że nie serce. Prawda?
Powoli opadł na ziemię i ułożył głowę w wilgotnym, czerwonym piahu u Jego stóp.
Poranek znów był cichy i spokojny. Do czasu, gdy pierwsze promienie słońca odkryły przed oczami mieszkańców miasta skulonego, umierającego chłopaka.
Ktoś zadzwonił po karetkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)