Pociąg przyjechał o 20:15.
Jenny uważnie obserwowała ludzi
wylewających się na peron. Pięcdziesięciolatek ze zmęczoną twarzą i
czarnym parasolem, kobieta w czerwonych szpilkach z trzęsącą się
chihuahuą na rękach, siedmioosobowa rodzina, ponadprzeciętnie wysoki
facet z około dwunastoletnimi bliźniakami, to pewnie jego dzieci. Bardzo
go przypominali, ci chłopcy.
-Cześć, siostra-rozległ się głos za plecami Jenny.
-Na miłość Boską, Jared!-wzdrygnęła się cała-Czy to twój plan? Żebym zeszła na zawał? Chcesz mieć chatę dla siebie?
Jakoś
tak sztucznie, pomyślała. Nie wiedziała czemu, ale czuła posmak
sztuczności, jej zapach w powietrzu. Może to przez wszystkich witających
się wokół ludzi. Powitania często bywają nieszczere.
-Pięknie-mruknął
Jared od niechcenia-To ja ci kupiłem taki ładny prezent, a ty mnie
posądzasz o bratobójstwo. W sensie, siostrobójstwo.
Niedbale podał jej małą paczuszkę.
-Dziękuję.
Nie musiałeś...Pożałujesz tego, gdy skończą ci się
pieniądze-powiedziała. Mimo wszystko bardzo się ucieszyła, w końcu każdy
lubi, gdy się o nim pamięta, prawda?
Ruszyli we dwójkę w stronę
parkingu. Do auta Michaela, który tymczasem bezskutecznie próbował znaleźć swój portfel. Trzeci raz w tym tygodniu. Chciała jechać sama, autobusem, ale
nalegał, że pomoże. Kilka miesięcy temu jej samochód zmienił się w proch. Wybuchła w nim bomba. Teraz przyjaciel woził Jane gdzie tylko mógł. Praca
detektywa bywa uciążliwa. Ale zabawna rymowanka, nie?
-Nie zmieniasz się od siedemnastego roku życia-mruknęła, spoglądając na brata.
-Masz rację-odparł wesoło-to kolejny dowód na to, że nie biorę narkotyków.
Westchnęła ciężko. Nie miała sił ani chęci, by się z nim użerać.
-Znalazłeś sobie jakąś dziewczynę, młody?-zagadnęła.
-Przestań. Czuję się jak w gimnazjum.
-Wyglądasz jak w gimnazjum.
Oczywiście trochę przesadziła, ale naprawdę wyglądał na sześć, nawet siedem lat młodszego, niż był naprawdę. Bardzo szczupły (jakaś nietypowa nadczynność tarczycy z nielicznymi objawami. Czy coś takiego), niby umięśniony, ale w ten mizerny sposób, jak dwunastolatek regularnie haratający w gałę na podwórku. Wyższy od Jenny, właściwie byłby wysoki, gdyby nie ciągle przygarbione plecy. Miał bladą cerę, zielone, wiecznie podkrążone oczy (znowu tarczyca) i ciemne, lekko zmierzwione włosy, nieznacznie zmniejszające jego pole widzenia. Wbrew temu wszystkiemu prezentował się nie najgorzej, należał do osób naturalnie atrakcyjnych, z rodzaju "byłby zjawiskowy, gdyby go umyć, ubrać i uczesać". Ubrać, w sensie w coś normalnego, nie żeby paradował po ulicy nago, raczej w rozklekotanych czarnych trampkach, poprzecieranych jeansach i koszulce Nirvany.
-Nałapałaś ostatnio jakichś przestępców i psycholi, siostrzyczko?
-Złapałam ciebie, to wystarczający sukces.
-Oj, przestań-westchnął-widzieliśmy się w święta…
-Dwa lata temu.
-Czepiasz się.
Telefon Jenny zabrzęczał.
"Zidentyfikowaliśmy i aresztowaliśmy kolejnego mordercę. Popełnił samobójstwo w celi. Pozdrawiam, Will"
Przełknęła ślinę. To chyba normalna sytuacja, prawda? Każdemu mogły pójść nerwy, prawda?
Prawda?
-Czy ty urządzasz mi pieszą wycieczkę po mieście?-zapytał poirytowany Jared. W jego walizce zepsuło się kółko, a noszenie jej za urywającą się rączkę łatwe nie było.
"Skup się, Jenny. Skupienie to podstawa"
-Na dodatek w naszym kochanym Vaterland -ciągnął Jared, pociągając nosem-znowu poszła kanalizacja, o ile mnie węch nie myli. Nie, nie myli, to ewidentnie popękane rury.
-Zamkniesz się w końcu?! Co jest? Pokłóciłeś się z dilerem i nie masz z kim teraz gadać?
Kolejny sygnał telefonu.
"Przesłuchujemy tego świra, który pogryzł ofiary. Bez skutku. Chyba ostatecznie postradał zmysły."
-Jeżeli ktoś tu wygląda, jakby pokłócił się z dilerem-odparł chłopak z powagą-to raczej ty, Jens.
-Prosiłam cię, żebyś mnie tak nie nazywał.
-Prosiłem cię, żebyś skończyła te bezsensowne odzywki o narkotykach.
Długo by to trwało, gdyby nie podeszli właśnie do uśmiechniętego Michaela.
-Cześć, młody!-zawołał, podając rękę Jaredowi-kopę lat.
-Racja…Co tam? Żyjesz, kroisz trupy? Wszystko po staremu?
-Tja. Nic się nie zmienia, tylko czuję się coraz bardziej zmęczony. To chyba starość-odparł z lekkim smutkiem w głosie.
-Znalazłeś portfel, Mike?-zapytała nagle Jenny.
-Aha. Leżał w bagażniku, skurczybyk.
Telefon. Znowu. Ale tym razem to nie sms.
-Cześć Will. Co? Jared? No tak, przyjechał. Ale…Naprawdę? Hm. Aha. W prządku, pogadam z nim…Tylko czemu…Dobra, nieważne, wracaj do pracy. Tak, tak. Pa.
-Jared?-Jenna zwróciła się w stronę zaskoczonego brata
-Gadaliście o mnie?
-Tak. Mam do ciebie sprawę. A raczej zadanie bojowe.
środa, 5 sierpnia 2015
poniedziałek, 4 maja 2015
Morderca 1/?
Komórka Jenny zaczęła wibrować. Mike czasami pisał lub dzwonił, gdy
widział światło w oknie jej gabinetu, wychodząc z pracy. Około
dwudziestej trzeciej.
-Jenny-powtarzał wtedy-powinnaś iść do domu. Przepracowanie naprawdę nie sprzyja twojemu zdrowiu, uwierz mi, znam się, w końcu jestem lekarzem...
Westchnęła i wyciągnęła rękę po telefon.Numer nieznany.
-Halo?-rzuciła, usiłując podnieść z podłogi długopis.
-Cześć.
Kto by się spodziewał.
-Jared? Co ty...W co się znowu wpakowałeś?
-Posłuchaj-zaczął zachrypniętym głosem-czy mogłabyś mnie jutro przenocować?
-Przecież miałeś być w Nowym Jorku...
-Jak się jednak domyślasz, nie jestem. Pomóż mi. Nie proszę cię przecież o pieniądze czy prawników, tylko o kawałek podłogi na terenie twojego domu i prześcieradło. Odmówisz tego własnemu bratu?
Jared miał dwadzieścia trzy lata i był synem jej matki. Z drugiego związku, równie nieszczęśliwego co ten pierwszy. Ogółem kobiety w jej rodzinie pakowały się w kłopotliwe relacje i sytuacje częściej, niż powinny, ona sama urodziła Victora w wieku szesnastu lat. Nieważne.
-O której zamierzasz przybyć?-odpowiedziała po chwili, głośno wzdychając-I czy mam cię odebrać z dworca?
-Coś koło dwudziestej. Gdybyś mogła...
W głowie widziała ten jego uśmiech, uśmiech dzieciaka, który narozrabiał i próbuje przekonać dobrotliwego dorosłego do zachowania tego w tajemnicy przed mamą. Uśmiech nastolatka, który prosi sympatycznego barmana na imprezie, by przymknął oko na wiek gościa.
-Dobrze. O dwudziestej na dworcu.
-Dzięki, jesteś wspaniała. Od razu widać, że moja siostra.
-Ok, rozłączam się, bo gadamy na twój koszt, a dragi same się nie kupią.
-Co ty...
Nie dała mu dokończyć. Ona znała prawdę i on o tym wiedział, ale jakaś niepisana etykieta kazała brnąć w powtarzające się, niewyszukane kłamstwa.
Ciekawe, w co się znowu wpakował.
*
-Jenny!-Mike biegł po korytarzu driftując na zakrętach, raz się nawet potknął.-Nie uwierzysz!
-No? Co się stało?
-Próbki DNA. Udało nam się natrafić na nie w przypadku trzech ofiar.
-Przecież sekcje zwłok przeprowadzono już dawno...
-Tak-powiedział, nie ukrywając podniecenia-ale miałem jakieś dziwne przeczucie i kazałem sprawdzić jeszcze raz. W tych napisach, które wyryto czymś ostrym...Tam było czyjeś DNA, w dwóch krew, w jednym ślina. Pamiętasz, jedno ciało było pogryzione...
-Cholera, nie przypominaj mi. Ale co w związku z tym?
-Te próbki należą do dwóch różnych osób i na sto procent nie jest to nikt z policji, ludzi, którzy znaleźli ciało, czy lekarzy. To mordercy. Co więcej, udało nam się ustalić tożsamość jednego ze sprawców, tego od ukąszeń. To Duncan Matters, od dwóch lat przebywa regularnie pod opieką psychiatry po tym, jak w wypadku stracił żonę i dzieci. Psy i paru twoich kolegów już go przesłuchują, podobno wszystkie dowody wskazują na niego.
-Niemożliwe. Aż tak łatwo?
-Jest też zła wiadomość. Podczas gdy zajmowałaś się Maxem, przywieziono kolejną ofiarę. Tu już brak wskazówek.
Nareszcie. Śledztwo stało od kilku miesięcy, w końcu zaczęło się posuwać do przodu.
-Gdybyśmy byli leniwi jak policjazwalilibyśmy na tego typa wszystkie morderstwa i tyle. Ale wszystko, co wiemy dotychczas, wskazuje na kilku sprawców-stwierdziła Jane, przykładając palec do ust. Zawsze to robiła, gdy usilnie się nad czymś zastanawiała.
-Coś tak czuję, że jesteś bardzo głodna.
-Jestem-powiedziała przełykając ślinę-ale w domu nie mam nic.
-Możemy pojechać to całodobowego maca i porozmawiać o życiu-zaproponował Mike-co ty na to?
-Jestem za.
Pół godziny później siedzieli już przy małym, brudnawym stoliku pochłaniając frytki i burgery.
-Opowiedz mi o swoim życiu-zaczął Mike, składając ręce w piramidkę i parodiując profesjonalnego psychologa.
-Dziś zadzwonił do mnie Jared.
-Twój kochany braciszek?
-Tak.
-Czego chciał? Pieniędzy? Alibi?
-Przestań, nie jest przecież przestępcą...Nie, no dobra, jest, tylko trochę inaczej. Zapomniałam.
Jared był hackerem. Choć z łatwością mógłby zdobyć godziwą pracę, jako wykształcony, pomysłowy, młody człowiek, wybrał taką drogę. Zarabiał krocie, ale wpadając cały czas w tarapaty szybko je tracił.
-A co u ciebie, Mike?
-E tam...
-No nieźle. Nawet mój najlepszy przyjaciel nie chce ze mną gadać.
Spędzili około dwóch godzin na nieszczególnie sensownych pogaduszkach. Fajnie. Fajnie poudawać, że jest się normalnym człowiekiem.
Prawda?
-Jenny-powtarzał wtedy-powinnaś iść do domu. Przepracowanie naprawdę nie sprzyja twojemu zdrowiu, uwierz mi, znam się, w końcu jestem lekarzem...
Westchnęła i wyciągnęła rękę po telefon.Numer nieznany.
-Halo?-rzuciła, usiłując podnieść z podłogi długopis.
-Cześć.
Kto by się spodziewał.
-Jared? Co ty...W co się znowu wpakowałeś?
-Posłuchaj-zaczął zachrypniętym głosem-czy mogłabyś mnie jutro przenocować?
-Przecież miałeś być w Nowym Jorku...
-Jak się jednak domyślasz, nie jestem. Pomóż mi. Nie proszę cię przecież o pieniądze czy prawników, tylko o kawałek podłogi na terenie twojego domu i prześcieradło. Odmówisz tego własnemu bratu?
Jared miał dwadzieścia trzy lata i był synem jej matki. Z drugiego związku, równie nieszczęśliwego co ten pierwszy. Ogółem kobiety w jej rodzinie pakowały się w kłopotliwe relacje i sytuacje częściej, niż powinny, ona sama urodziła Victora w wieku szesnastu lat. Nieważne.
-O której zamierzasz przybyć?-odpowiedziała po chwili, głośno wzdychając-I czy mam cię odebrać z dworca?
-Coś koło dwudziestej. Gdybyś mogła...
W głowie widziała ten jego uśmiech, uśmiech dzieciaka, który narozrabiał i próbuje przekonać dobrotliwego dorosłego do zachowania tego w tajemnicy przed mamą. Uśmiech nastolatka, który prosi sympatycznego barmana na imprezie, by przymknął oko na wiek gościa.
-Dobrze. O dwudziestej na dworcu.
-Dzięki, jesteś wspaniała. Od razu widać, że moja siostra.
-Ok, rozłączam się, bo gadamy na twój koszt, a dragi same się nie kupią.
-Co ty...
Nie dała mu dokończyć. Ona znała prawdę i on o tym wiedział, ale jakaś niepisana etykieta kazała brnąć w powtarzające się, niewyszukane kłamstwa.
Ciekawe, w co się znowu wpakował.
*
-Jenny!-Mike biegł po korytarzu driftując na zakrętach, raz się nawet potknął.-Nie uwierzysz!
-No? Co się stało?
-Próbki DNA. Udało nam się natrafić na nie w przypadku trzech ofiar.
-Przecież sekcje zwłok przeprowadzono już dawno...
-Tak-powiedział, nie ukrywając podniecenia-ale miałem jakieś dziwne przeczucie i kazałem sprawdzić jeszcze raz. W tych napisach, które wyryto czymś ostrym...Tam było czyjeś DNA, w dwóch krew, w jednym ślina. Pamiętasz, jedno ciało było pogryzione...
-Cholera, nie przypominaj mi. Ale co w związku z tym?
-Te próbki należą do dwóch różnych osób i na sto procent nie jest to nikt z policji, ludzi, którzy znaleźli ciało, czy lekarzy. To mordercy. Co więcej, udało nam się ustalić tożsamość jednego ze sprawców, tego od ukąszeń. To Duncan Matters, od dwóch lat przebywa regularnie pod opieką psychiatry po tym, jak w wypadku stracił żonę i dzieci. Psy i paru twoich kolegów już go przesłuchują, podobno wszystkie dowody wskazują na niego.
-Niemożliwe. Aż tak łatwo?
-Jest też zła wiadomość. Podczas gdy zajmowałaś się Maxem, przywieziono kolejną ofiarę. Tu już brak wskazówek.
Nareszcie. Śledztwo stało od kilku miesięcy, w końcu zaczęło się posuwać do przodu.
-Gdybyśmy byli leniwi jak policjazwalilibyśmy na tego typa wszystkie morderstwa i tyle. Ale wszystko, co wiemy dotychczas, wskazuje na kilku sprawców-stwierdziła Jane, przykładając palec do ust. Zawsze to robiła, gdy usilnie się nad czymś zastanawiała.
-Coś tak czuję, że jesteś bardzo głodna.
-Jestem-powiedziała przełykając ślinę-ale w domu nie mam nic.
-Możemy pojechać to całodobowego maca i porozmawiać o życiu-zaproponował Mike-co ty na to?
-Jestem za.
Pół godziny później siedzieli już przy małym, brudnawym stoliku pochłaniając frytki i burgery.
-Opowiedz mi o swoim życiu-zaczął Mike, składając ręce w piramidkę i parodiując profesjonalnego psychologa.
-Dziś zadzwonił do mnie Jared.
-Twój kochany braciszek?
-Tak.
-Czego chciał? Pieniędzy? Alibi?
-Przestań, nie jest przecież przestępcą...Nie, no dobra, jest, tylko trochę inaczej. Zapomniałam.
Jared był hackerem. Choć z łatwością mógłby zdobyć godziwą pracę, jako wykształcony, pomysłowy, młody człowiek, wybrał taką drogę. Zarabiał krocie, ale wpadając cały czas w tarapaty szybko je tracił.
-A co u ciebie, Mike?
-E tam...
-No nieźle. Nawet mój najlepszy przyjaciel nie chce ze mną gadać.
Spędzili około dwóch godzin na nieszczególnie sensownych pogaduszkach. Fajnie. Fajnie poudawać, że jest się normalnym człowiekiem.
Prawda?
czwartek, 26 marca 2015
Bezlitośnie ozyszczający deszcz
Widzimy urywki świata. Urywki historii innych ludzi.Urywki innych ludzi. urywki urywków. Fragmenty, które nigdy nie składają się w całość, bo zwyczajnie do siebie nie pasują. Mimo, że każdy chciałby się wpasować. Żyjemy tacy, jacy się rodzimy-na wpół ślepi, ledwo przytomni i rozbici na tysiące małych kawałków, próbujących zlepić się w jedno, bezkształtne "ja". A może w trakcie życia tak naprawdę nam się pogarsza?
-Ale poczekajcie! Zrozumcie! Daliście mi tylko jego nazwisko i adres...Nikt mi, do cholery jasnej, nie powiedział, że gość ma brata, który będzie siedział w jego mieszkaniu! Nikt mi, do chole...
-Zamkniesz się?
Rudzielec cicho pisnął, gdy do podbródka przystawili mu lufę. Było ich chyba siedmiu. Wróć, ośmiu. Jeden grzebał w bagażniku szarego volvo.
-Twoje życie nic nie znaczy. Przynajmniej nie tutaj i nie teraz-wycedził facet w szarym kapturze-I wiesz o tym doskonale. Właściwie-zaczął, odsuwając broń od ofiary-nie zasługujesz, by żyć. Byłeś gotowy zabić człowieka, którego nawet nie znasz, za pieniądze? Aj aj aj...
-Przecież robisz to samo!-wrzasnął nieludzkim głosem. Jak prowadzone na ubój zwierze, które podświadomie odczuwa nadchodzącą śmierć.
-Nie, miły. Ja zabijam takie śmieci jak ty. Zostaniesz ukarany za zamordowanie niewinnego człowieka...
-Przecież nikt nie jest bez winy!-wykwiczał rudy nerwowo poruszając szczęką.
-Racja. Zwłaszcza ty-odparł Szary Kaptur pociągając za spust.
Powietrze przesyciło się hukiem i krwią, której małe kropelki przez chwilę unosiły się w powietrzu jak mgła. Na polu walały się szczątki mózgu.
-W sumie...Posłaliśmy frajera na pewną śmierć-wycedził, wycierając pistolet-ten skurw...on na pewno ma więcej zabezpieczeń w domu, niż prezydent. W końcu nie tylko ja chciałbym się go pozbyć. Jack, zabierz to ode mnie-szepnął, rzucając bronią w stronę kolegi-długo tego nie zniosę.
-Policja donosi o kolejnym morderstwie, które zostało...
Jenna wyłączyła telewizor. Właśnie skończyła wypełniać akta Maxa. Teraz siedziała, usiłując pozbierać myśli i rozsypane po podłodze kartki i fotografie.
-Ci ludzie...Co oni mogą mieć wspólnego?!
Sześćdziesięciodwuletni profesor biotechnologii. Czterdziestopięcioletni menedżer dużej firmy budowlanej. Dwudziestoletnia prostytutka...
-Skup się, stara. Skup się!
Trzydziestoczteroletnia sekretarka. Terrorysta o bliżej nieznanej dacie urodzenia, pewnie też koło trzydziestki. Szesnastoletni muzyk; na szczęście nie zginął, ale był w jakiś sposób związany z tym wszystkim. Musiał być.
Wszyscy mieszkali w Ohio. Na zwłokach każdego z nich znaleziono ten jeden, wyryty lub nabazgrany na różnych częściach ciała napis:
Wspaniały program stworzony przez Boga.
Nic więcej ich nie łączyło, nie było żadnych informacji o tym, by kiedykolwiek się poznali, a mimo to za śmiercią każdego z nich stał ten sam szalony umysł.
Wspaniały program stworzony przez Boga.
Bóg nie tworzy wspaniałych programów, pomyślała. Gdyby tak było, już dawno by posłuchał modlitw Jenny i ich zatopił. Wszystkich. Tych bardziej i mniej złych czy dobrych, bogatych i biednych, zakonnice i utrzymanki, bardziej i mniej słabych, młodych i starych, ślepych i częściowo świadomych. Niech spadnie deszcz. Bezlitośnie oczyszczający deszcz. Niech woda zmieni to miasto, ten stan, ten kraj, ten świat w rwącą rzekę, tonącą w oceanie. Niech zmyje cały brud i poniesie te oślizgłe ciała ze sobą. Niech najedzą się nimi wodne zwierzęta.
Bezlitośnie oczyszczający deszcz. Wspaniały program stworzony przez Boga...
Rzuciła wszystkie papiery na biurko. Nie miała już sił-skronie jej pulsowały jak dwa maleńkie serca.
A za oknem zaczęła się jesienna ulewa.
-Ale poczekajcie! Zrozumcie! Daliście mi tylko jego nazwisko i adres...Nikt mi, do cholery jasnej, nie powiedział, że gość ma brata, który będzie siedział w jego mieszkaniu! Nikt mi, do chole...
-Zamkniesz się?
Rudzielec cicho pisnął, gdy do podbródka przystawili mu lufę. Było ich chyba siedmiu. Wróć, ośmiu. Jeden grzebał w bagażniku szarego volvo.
-Twoje życie nic nie znaczy. Przynajmniej nie tutaj i nie teraz-wycedził facet w szarym kapturze-I wiesz o tym doskonale. Właściwie-zaczął, odsuwając broń od ofiary-nie zasługujesz, by żyć. Byłeś gotowy zabić człowieka, którego nawet nie znasz, za pieniądze? Aj aj aj...
-Przecież robisz to samo!-wrzasnął nieludzkim głosem. Jak prowadzone na ubój zwierze, które podświadomie odczuwa nadchodzącą śmierć.
-Nie, miły. Ja zabijam takie śmieci jak ty. Zostaniesz ukarany za zamordowanie niewinnego człowieka...
-Przecież nikt nie jest bez winy!-wykwiczał rudy nerwowo poruszając szczęką.
-Racja. Zwłaszcza ty-odparł Szary Kaptur pociągając za spust.
Powietrze przesyciło się hukiem i krwią, której małe kropelki przez chwilę unosiły się w powietrzu jak mgła. Na polu walały się szczątki mózgu.
-W sumie...Posłaliśmy frajera na pewną śmierć-wycedził, wycierając pistolet-ten skurw...on na pewno ma więcej zabezpieczeń w domu, niż prezydent. W końcu nie tylko ja chciałbym się go pozbyć. Jack, zabierz to ode mnie-szepnął, rzucając bronią w stronę kolegi-długo tego nie zniosę.
-Policja donosi o kolejnym morderstwie, które zostało...
Jenna wyłączyła telewizor. Właśnie skończyła wypełniać akta Maxa. Teraz siedziała, usiłując pozbierać myśli i rozsypane po podłodze kartki i fotografie.
-Ci ludzie...Co oni mogą mieć wspólnego?!
Sześćdziesięciodwuletni profesor biotechnologii. Czterdziestopięcioletni menedżer dużej firmy budowlanej. Dwudziestoletnia prostytutka...
-Skup się, stara. Skup się!
Trzydziestoczteroletnia sekretarka. Terrorysta o bliżej nieznanej dacie urodzenia, pewnie też koło trzydziestki. Szesnastoletni muzyk; na szczęście nie zginął, ale był w jakiś sposób związany z tym wszystkim. Musiał być.
Wszyscy mieszkali w Ohio. Na zwłokach każdego z nich znaleziono ten jeden, wyryty lub nabazgrany na różnych częściach ciała napis:
Wspaniały program stworzony przez Boga.
Nic więcej ich nie łączyło, nie było żadnych informacji o tym, by kiedykolwiek się poznali, a mimo to za śmiercią każdego z nich stał ten sam szalony umysł.
Wspaniały program stworzony przez Boga.
Bóg nie tworzy wspaniałych programów, pomyślała. Gdyby tak było, już dawno by posłuchał modlitw Jenny i ich zatopił. Wszystkich. Tych bardziej i mniej złych czy dobrych, bogatych i biednych, zakonnice i utrzymanki, bardziej i mniej słabych, młodych i starych, ślepych i częściowo świadomych. Niech spadnie deszcz. Bezlitośnie oczyszczający deszcz. Niech woda zmieni to miasto, ten stan, ten kraj, ten świat w rwącą rzekę, tonącą w oceanie. Niech zmyje cały brud i poniesie te oślizgłe ciała ze sobą. Niech najedzą się nimi wodne zwierzęta.
Bezlitośnie oczyszczający deszcz. Wspaniały program stworzony przez Boga...
Rzuciła wszystkie papiery na biurko. Nie miała już sił-skronie jej pulsowały jak dwa maleńkie serca.
A za oknem zaczęła się jesienna ulewa.
Etykiety:
akcja,
andy the poet,
bezlitosne,
bóg,
broń,
deszcz,
detektyw,
killer,
kira,
kryminał,
morderca,
opowiadanie,
pisać,
pocisk,
program,
strzał,
sumienie,
śmierć,
tajemnica,
zabójca
Subskrybuj:
Posty (Atom)