Człowiek od zawsze próbuje stworzyć Boga. Albo uczynić nim coś już istniejącego. Alchemia i astronomia, sztuczna inteligencja i superbohaterowie. Podświadome dążenie do poznania i okiełznania Boga, którego istnienie wydaje się sprawą drugorzędną.
Mike chciał być Bogiem. I to bardzo. Nie chodziło o ego czy zamiłowanie do władzy i potęgi. Taki Bóg ma bardzo odpowiedzialne zadanie-ponosi winę za wszystko, nawet to, czego nie zrobił i wysłuchuje cierpliwie ludzi, zarzucających Mu efekty własnej głupoty.
Ale bycie Bogiem daje też wielkie możliwości, a tego pragnął Michael. Od małego marzył, by ratować setki i tysiące istnień-przeszczepiać serca, nerki, czemu by nie fragmenty mózgu! Wskrzeszać tych, na których nikt już nie liczył i nie czekał, od lat podłączonych do maszyn czy ubieranych do trumny. Chciał czynić cuda.
A sam został ukrzyżowany. Bez zmartwychwstania.
Nienawidził tej pracy i wszystkiego, co z nią związane. Tlenionej recepcjonistki, obleśnej wykładziny, wiecznie zepsutego ekspresu do kawy, opasłego właściciela, nerwowych drgawek dyrektora, stukającej obcasami sekretarki, śmierdzącego prosektorium, trupów, biało-niebieskich urządzeń. Zakazu palenia, przeklinania i zastanawiania się, co ty tu do cholery robisz i gdzie się podziały twoje plany i marzenia.
Bo człowiek nie zawsze zmienia się na lepsze.
Kiedyś udzielał wywiadu. Chyba po otrzymaniu jakiejś ogólnokrajowej, niezbyt interesującej nagrody. Dostał pozłacany medal z żelaza, ładnie oprawiony dyplom z pergaminu i trochę pieniędzy. Chyba je przepił w ciągu tygodnia. Zazwyczaj był bardzo oszczędny, ale tym razem dolary ciążyły mu w kieszeni.
-Jak pan myśli-Młody dziennikarz nerwowo spojrzał na niego spod czerwonych Ray Banów-Jak by Pan zareagował? Co by Pan powiedział jako piętnastolatek, gdyby spotkał Pan dorosłą wersję siebie? Człowieka, jakim Pan teraz jest?
Chyba wtedy stwierdził, że zmarnował sobie życie. Dokumenty, skalpele i nocne zmiany nie pozwalały mu tego wcześniej zauważyć.
-Uderzyłbym się w twarz. Nikt mnie nigdy nie rozczarował swoim tchórzostwem i obojętnością bardzo, jak ja sam.
Mike chciał być Bogiem. I to bardzo. Nie chodziło o ego czy zamiłowanie do władzy i potęgi. Taki Bóg ma bardzo odpowiedzialne zadanie-ponosi winę za wszystko, nawet to, czego nie zrobił i wysłuchuje cierpliwie ludzi, zarzucających Mu efekty własnej głupoty.
Ale bycie Bogiem daje też wielkie możliwości, a tego pragnął Michael. Od małego marzył, by ratować setki i tysiące istnień-przeszczepiać serca, nerki, czemu by nie fragmenty mózgu! Wskrzeszać tych, na których nikt już nie liczył i nie czekał, od lat podłączonych do maszyn czy ubieranych do trumny. Chciał czynić cuda.
A sam został ukrzyżowany. Bez zmartwychwstania.
Nienawidził tej pracy i wszystkiego, co z nią związane. Tlenionej recepcjonistki, obleśnej wykładziny, wiecznie zepsutego ekspresu do kawy, opasłego właściciela, nerwowych drgawek dyrektora, stukającej obcasami sekretarki, śmierdzącego prosektorium, trupów, biało-niebieskich urządzeń. Zakazu palenia, przeklinania i zastanawiania się, co ty tu do cholery robisz i gdzie się podziały twoje plany i marzenia.
Bo człowiek nie zawsze zmienia się na lepsze.
Kiedyś udzielał wywiadu. Chyba po otrzymaniu jakiejś ogólnokrajowej, niezbyt interesującej nagrody. Dostał pozłacany medal z żelaza, ładnie oprawiony dyplom z pergaminu i trochę pieniędzy. Chyba je przepił w ciągu tygodnia. Zazwyczaj był bardzo oszczędny, ale tym razem dolary ciążyły mu w kieszeni.
-Jak pan myśli-Młody dziennikarz nerwowo spojrzał na niego spod czerwonych Ray Banów-Jak by Pan zareagował? Co by Pan powiedział jako piętnastolatek, gdyby spotkał Pan dorosłą wersję siebie? Człowieka, jakim Pan teraz jest?
Chyba wtedy stwierdził, że zmarnował sobie życie. Dokumenty, skalpele i nocne zmiany nie pozwalały mu tego wcześniej zauważyć.
-Uderzyłbym się w twarz. Nikt mnie nigdy nie rozczarował swoim tchórzostwem i obojętnością bardzo, jak ja sam.
Wycięli ten fragment. Nie pasował do lukrowanego portretu człowieka pracy.
Za to idealne pasował do Mike'a.
*
-Bierzesz jakieś leki, Max? Bez których nie możesz się obejść?
Pogoda za oknem wciąż beznadziejna. Niedługo nadejdzie krótka, mroźna zima, pełna sanek i bałwanów.
Bałwanów w Ameryce nigdy nie brakowało.
Wróci niedługo do Los Angeles. Zaczną się z chłopakami ostro przygotowywać do Nowego Roku-tłumy młodych i zbuntowanych same się nie zabawią...Oni i alkohol będą czynnikiem nadrzędnym.
-Yyy, słucham? No, nie...
Bo nie brał leków. Choć powinien. I radził sobie bez nich. Choć nie powinien.
-Dobrze...To było chyba ostatnie pytanie. Daj mi znać, jakbyś czegoś potrzebował.
Zastukał palcami w brudną szybę.
-Właściwie...Już potrzebuję. Czy mógłbym od Pani zadzwonić?
-Zabiorę komórkę przy obchodzie-zawołała pielęgniarka na odchodne. Miła kobieta. W końcu za to jej płacą...
W słuchawce cichutko zaszeleściło.
-Halo?
-Hannah? To ja...
-Max?
-Ważko...
-Maxi, gdzie jesteś? Coś się stało?-Głos dziewczyny lekko zmiękł.
-Czy...Mogę Ci coś wyznać? Chodzi o dziadka Phila. I jego brata...Wydaje mi się od dłuższego czasu, że dziadek nie zrobił tego sam. Myślę, że został...A...w tym palce.
-...sze cię.
-Co...wisz?
Koniec. Rozłączyło ich. Albo raczej rozłączył. Ciężko to nazwać przypadkiem.
Na ekranie pojawiło się powiadomienie.
"Nie ufaj nikomu, nigdy i za nic, bo chciwi ludzie nie znają granic...Chesz żyć? MILCZ."
Ekran zgasł, a telefon odmawiał włączenia się.
-Co do...
Chyba jednak potrzebował tych leków. Wujek miał rację. O ile...
Wystarczy. Czas wyjść na zewnątrz. Albo zwariować, do wyboru.