Pociąg przyjechał o 20:15.
Jenny uważnie obserwowała ludzi
wylewających się na peron. Pięcdziesięciolatek ze zmęczoną twarzą i
czarnym parasolem, kobieta w czerwonych szpilkach z trzęsącą się
chihuahuą na rękach, siedmioosobowa rodzina, ponadprzeciętnie wysoki
facet z około dwunastoletnimi bliźniakami, to pewnie jego dzieci. Bardzo
go przypominali, ci chłopcy.
-Cześć, siostra-rozległ się głos za plecami Jenny.
-Na miłość Boską, Jared!-wzdrygnęła się cała-Czy to twój plan? Żebym zeszła na zawał? Chcesz mieć chatę dla siebie?
Jakoś
tak sztucznie, pomyślała. Nie wiedziała czemu, ale czuła posmak
sztuczności, jej zapach w powietrzu. Może to przez wszystkich witających
się wokół ludzi. Powitania często bywają nieszczere.
-Pięknie-mruknął
Jared od niechcenia-To ja ci kupiłem taki ładny prezent, a ty mnie
posądzasz o bratobójstwo. W sensie, siostrobójstwo.
Niedbale podał jej małą paczuszkę.
-Dziękuję.
Nie musiałeś...Pożałujesz tego, gdy skończą ci się
pieniądze-powiedziała. Mimo wszystko bardzo się ucieszyła, w końcu każdy
lubi, gdy się o nim pamięta, prawda?
Ruszyli we dwójkę w stronę
parkingu. Do auta Michaela, który tymczasem bezskutecznie próbował znaleźć swój portfel. Trzeci raz w tym tygodniu. Chciała jechać sama, autobusem, ale
nalegał, że pomoże. Kilka miesięcy temu jej samochód zmienił się w proch. Wybuchła w nim bomba. Teraz przyjaciel woził Jane gdzie tylko mógł. Praca
detektywa bywa uciążliwa. Ale zabawna rymowanka, nie?
-Nie zmieniasz się od siedemnastego roku życia-mruknęła, spoglądając na brata.
-Masz rację-odparł wesoło-to kolejny dowód na to, że nie biorę narkotyków.
Westchnęła ciężko. Nie miała sił ani chęci, by się z nim użerać.
-Znalazłeś sobie jakąś dziewczynę, młody?-zagadnęła.
-Przestań. Czuję się jak w gimnazjum.
-Wyglądasz jak w gimnazjum.
Oczywiście trochę przesadziła, ale naprawdę wyglądał na sześć, nawet siedem lat młodszego, niż był naprawdę. Bardzo szczupły (jakaś nietypowa nadczynność tarczycy z nielicznymi objawami. Czy coś takiego), niby umięśniony, ale w ten mizerny sposób, jak dwunastolatek regularnie haratający w gałę na podwórku. Wyższy od Jenny, właściwie byłby wysoki, gdyby nie ciągle przygarbione plecy. Miał bladą cerę, zielone, wiecznie podkrążone oczy (znowu tarczyca) i ciemne, lekko zmierzwione włosy, nieznacznie zmniejszające jego pole widzenia. Wbrew temu wszystkiemu prezentował się nie najgorzej, należał do osób naturalnie atrakcyjnych, z rodzaju "byłby zjawiskowy, gdyby go umyć, ubrać i uczesać". Ubrać, w sensie w coś normalnego, nie żeby paradował po ulicy nago, raczej w rozklekotanych czarnych trampkach, poprzecieranych jeansach i koszulce Nirvany.
-Nałapałaś ostatnio jakichś przestępców i psycholi, siostrzyczko?
-Złapałam ciebie, to wystarczający sukces.
-Oj, przestań-westchnął-widzieliśmy się w święta…
-Dwa lata temu.
-Czepiasz się.
Telefon Jenny zabrzęczał.
"Zidentyfikowaliśmy i aresztowaliśmy kolejnego mordercę. Popełnił samobójstwo w celi. Pozdrawiam, Will"
Przełknęła ślinę. To chyba normalna sytuacja, prawda? Każdemu mogły pójść nerwy, prawda?
Prawda?
-Czy ty urządzasz mi pieszą wycieczkę po mieście?-zapytał poirytowany Jared. W jego walizce zepsuło się kółko, a noszenie jej za urywającą się rączkę łatwe nie było.
"Skup się, Jenny. Skupienie to podstawa"
-Na dodatek w naszym kochanym Vaterland -ciągnął Jared, pociągając nosem-znowu poszła kanalizacja, o ile mnie węch nie myli. Nie, nie myli, to ewidentnie popękane rury.
-Zamkniesz się w końcu?! Co jest? Pokłóciłeś się z dilerem i nie masz z kim teraz gadać?
Kolejny sygnał telefonu.
"Przesłuchujemy tego świra, który pogryzł ofiary. Bez skutku. Chyba ostatecznie postradał zmysły."
-Jeżeli ktoś tu wygląda, jakby pokłócił się z dilerem-odparł chłopak z powagą-to raczej ty, Jens.
-Prosiłam cię, żebyś mnie tak nie nazywał.
-Prosiłem cię, żebyś skończyła te bezsensowne odzywki o narkotykach.
Długo by to trwało, gdyby nie podeszli właśnie do uśmiechniętego Michaela.
-Cześć, młody!-zawołał, podając rękę Jaredowi-kopę lat.
-Racja…Co tam? Żyjesz, kroisz trupy? Wszystko po staremu?
-Tja. Nic się nie zmienia, tylko czuję się coraz bardziej zmęczony. To chyba starość-odparł z lekkim smutkiem w głosie.
-Znalazłeś portfel, Mike?-zapytała nagle Jenny.
-Aha. Leżał w bagażniku, skurczybyk.
Telefon. Znowu. Ale tym razem to nie sms.
-Cześć Will. Co? Jared? No tak, przyjechał. Ale…Naprawdę? Hm. Aha. W prządku, pogadam z nim…Tylko czemu…Dobra, nieważne, wracaj do pracy. Tak, tak. Pa.
-Jared?-Jenna zwróciła się w stronę zaskoczonego brata
-Gadaliście o mnie?
-Tak. Mam do ciebie sprawę. A raczej zadanie bojowe.
Gunslinger
środa, 5 sierpnia 2015
poniedziałek, 4 maja 2015
Morderca 1/?
Komórka Jenny zaczęła wibrować. Mike czasami pisał lub dzwonił, gdy
widział światło w oknie jej gabinetu, wychodząc z pracy. Około
dwudziestej trzeciej.
-Jenny-powtarzał wtedy-powinnaś iść do domu. Przepracowanie naprawdę nie sprzyja twojemu zdrowiu, uwierz mi, znam się, w końcu jestem lekarzem...
Westchnęła i wyciągnęła rękę po telefon.Numer nieznany.
-Halo?-rzuciła, usiłując podnieść z podłogi długopis.
-Cześć.
Kto by się spodziewał.
-Jared? Co ty...W co się znowu wpakowałeś?
-Posłuchaj-zaczął zachrypniętym głosem-czy mogłabyś mnie jutro przenocować?
-Przecież miałeś być w Nowym Jorku...
-Jak się jednak domyślasz, nie jestem. Pomóż mi. Nie proszę cię przecież o pieniądze czy prawników, tylko o kawałek podłogi na terenie twojego domu i prześcieradło. Odmówisz tego własnemu bratu?
Jared miał dwadzieścia trzy lata i był synem jej matki. Z drugiego związku, równie nieszczęśliwego co ten pierwszy. Ogółem kobiety w jej rodzinie pakowały się w kłopotliwe relacje i sytuacje częściej, niż powinny, ona sama urodziła Victora w wieku szesnastu lat. Nieważne.
-O której zamierzasz przybyć?-odpowiedziała po chwili, głośno wzdychając-I czy mam cię odebrać z dworca?
-Coś koło dwudziestej. Gdybyś mogła...
W głowie widziała ten jego uśmiech, uśmiech dzieciaka, który narozrabiał i próbuje przekonać dobrotliwego dorosłego do zachowania tego w tajemnicy przed mamą. Uśmiech nastolatka, który prosi sympatycznego barmana na imprezie, by przymknął oko na wiek gościa.
-Dobrze. O dwudziestej na dworcu.
-Dzięki, jesteś wspaniała. Od razu widać, że moja siostra.
-Ok, rozłączam się, bo gadamy na twój koszt, a dragi same się nie kupią.
-Co ty...
Nie dała mu dokończyć. Ona znała prawdę i on o tym wiedział, ale jakaś niepisana etykieta kazała brnąć w powtarzające się, niewyszukane kłamstwa.
Ciekawe, w co się znowu wpakował.
*
-Jenny!-Mike biegł po korytarzu driftując na zakrętach, raz się nawet potknął.-Nie uwierzysz!
-No? Co się stało?
-Próbki DNA. Udało nam się natrafić na nie w przypadku trzech ofiar.
-Przecież sekcje zwłok przeprowadzono już dawno...
-Tak-powiedział, nie ukrywając podniecenia-ale miałem jakieś dziwne przeczucie i kazałem sprawdzić jeszcze raz. W tych napisach, które wyryto czymś ostrym...Tam było czyjeś DNA, w dwóch krew, w jednym ślina. Pamiętasz, jedno ciało było pogryzione...
-Cholera, nie przypominaj mi. Ale co w związku z tym?
-Te próbki należą do dwóch różnych osób i na sto procent nie jest to nikt z policji, ludzi, którzy znaleźli ciało, czy lekarzy. To mordercy. Co więcej, udało nam się ustalić tożsamość jednego ze sprawców, tego od ukąszeń. To Duncan Matters, od dwóch lat przebywa regularnie pod opieką psychiatry po tym, jak w wypadku stracił żonę i dzieci. Psy i paru twoich kolegów już go przesłuchują, podobno wszystkie dowody wskazują na niego.
-Niemożliwe. Aż tak łatwo?
-Jest też zła wiadomość. Podczas gdy zajmowałaś się Maxem, przywieziono kolejną ofiarę. Tu już brak wskazówek.
Nareszcie. Śledztwo stało od kilku miesięcy, w końcu zaczęło się posuwać do przodu.
-Gdybyśmy byli leniwi jak policjazwalilibyśmy na tego typa wszystkie morderstwa i tyle. Ale wszystko, co wiemy dotychczas, wskazuje na kilku sprawców-stwierdziła Jane, przykładając palec do ust. Zawsze to robiła, gdy usilnie się nad czymś zastanawiała.
-Coś tak czuję, że jesteś bardzo głodna.
-Jestem-powiedziała przełykając ślinę-ale w domu nie mam nic.
-Możemy pojechać to całodobowego maca i porozmawiać o życiu-zaproponował Mike-co ty na to?
-Jestem za.
Pół godziny później siedzieli już przy małym, brudnawym stoliku pochłaniając frytki i burgery.
-Opowiedz mi o swoim życiu-zaczął Mike, składając ręce w piramidkę i parodiując profesjonalnego psychologa.
-Dziś zadzwonił do mnie Jared.
-Twój kochany braciszek?
-Tak.
-Czego chciał? Pieniędzy? Alibi?
-Przestań, nie jest przecież przestępcą...Nie, no dobra, jest, tylko trochę inaczej. Zapomniałam.
Jared był hackerem. Choć z łatwością mógłby zdobyć godziwą pracę, jako wykształcony, pomysłowy, młody człowiek, wybrał taką drogę. Zarabiał krocie, ale wpadając cały czas w tarapaty szybko je tracił.
-A co u ciebie, Mike?
-E tam...
-No nieźle. Nawet mój najlepszy przyjaciel nie chce ze mną gadać.
Spędzili około dwóch godzin na nieszczególnie sensownych pogaduszkach. Fajnie. Fajnie poudawać, że jest się normalnym człowiekiem.
Prawda?
-Jenny-powtarzał wtedy-powinnaś iść do domu. Przepracowanie naprawdę nie sprzyja twojemu zdrowiu, uwierz mi, znam się, w końcu jestem lekarzem...
Westchnęła i wyciągnęła rękę po telefon.Numer nieznany.
-Halo?-rzuciła, usiłując podnieść z podłogi długopis.
-Cześć.
Kto by się spodziewał.
-Jared? Co ty...W co się znowu wpakowałeś?
-Posłuchaj-zaczął zachrypniętym głosem-czy mogłabyś mnie jutro przenocować?
-Przecież miałeś być w Nowym Jorku...
-Jak się jednak domyślasz, nie jestem. Pomóż mi. Nie proszę cię przecież o pieniądze czy prawników, tylko o kawałek podłogi na terenie twojego domu i prześcieradło. Odmówisz tego własnemu bratu?
Jared miał dwadzieścia trzy lata i był synem jej matki. Z drugiego związku, równie nieszczęśliwego co ten pierwszy. Ogółem kobiety w jej rodzinie pakowały się w kłopotliwe relacje i sytuacje częściej, niż powinny, ona sama urodziła Victora w wieku szesnastu lat. Nieważne.
-O której zamierzasz przybyć?-odpowiedziała po chwili, głośno wzdychając-I czy mam cię odebrać z dworca?
-Coś koło dwudziestej. Gdybyś mogła...
W głowie widziała ten jego uśmiech, uśmiech dzieciaka, który narozrabiał i próbuje przekonać dobrotliwego dorosłego do zachowania tego w tajemnicy przed mamą. Uśmiech nastolatka, który prosi sympatycznego barmana na imprezie, by przymknął oko na wiek gościa.
-Dobrze. O dwudziestej na dworcu.
-Dzięki, jesteś wspaniała. Od razu widać, że moja siostra.
-Ok, rozłączam się, bo gadamy na twój koszt, a dragi same się nie kupią.
-Co ty...
Nie dała mu dokończyć. Ona znała prawdę i on o tym wiedział, ale jakaś niepisana etykieta kazała brnąć w powtarzające się, niewyszukane kłamstwa.
Ciekawe, w co się znowu wpakował.
*
-Jenny!-Mike biegł po korytarzu driftując na zakrętach, raz się nawet potknął.-Nie uwierzysz!
-No? Co się stało?
-Próbki DNA. Udało nam się natrafić na nie w przypadku trzech ofiar.
-Przecież sekcje zwłok przeprowadzono już dawno...
-Tak-powiedział, nie ukrywając podniecenia-ale miałem jakieś dziwne przeczucie i kazałem sprawdzić jeszcze raz. W tych napisach, które wyryto czymś ostrym...Tam było czyjeś DNA, w dwóch krew, w jednym ślina. Pamiętasz, jedno ciało było pogryzione...
-Cholera, nie przypominaj mi. Ale co w związku z tym?
-Te próbki należą do dwóch różnych osób i na sto procent nie jest to nikt z policji, ludzi, którzy znaleźli ciało, czy lekarzy. To mordercy. Co więcej, udało nam się ustalić tożsamość jednego ze sprawców, tego od ukąszeń. To Duncan Matters, od dwóch lat przebywa regularnie pod opieką psychiatry po tym, jak w wypadku stracił żonę i dzieci. Psy i paru twoich kolegów już go przesłuchują, podobno wszystkie dowody wskazują na niego.
-Niemożliwe. Aż tak łatwo?
-Jest też zła wiadomość. Podczas gdy zajmowałaś się Maxem, przywieziono kolejną ofiarę. Tu już brak wskazówek.
Nareszcie. Śledztwo stało od kilku miesięcy, w końcu zaczęło się posuwać do przodu.
-Gdybyśmy byli leniwi jak policjazwalilibyśmy na tego typa wszystkie morderstwa i tyle. Ale wszystko, co wiemy dotychczas, wskazuje na kilku sprawców-stwierdziła Jane, przykładając palec do ust. Zawsze to robiła, gdy usilnie się nad czymś zastanawiała.
-Coś tak czuję, że jesteś bardzo głodna.
-Jestem-powiedziała przełykając ślinę-ale w domu nie mam nic.
-Możemy pojechać to całodobowego maca i porozmawiać o życiu-zaproponował Mike-co ty na to?
-Jestem za.
Pół godziny później siedzieli już przy małym, brudnawym stoliku pochłaniając frytki i burgery.
-Opowiedz mi o swoim życiu-zaczął Mike, składając ręce w piramidkę i parodiując profesjonalnego psychologa.
-Dziś zadzwonił do mnie Jared.
-Twój kochany braciszek?
-Tak.
-Czego chciał? Pieniędzy? Alibi?
-Przestań, nie jest przecież przestępcą...Nie, no dobra, jest, tylko trochę inaczej. Zapomniałam.
Jared był hackerem. Choć z łatwością mógłby zdobyć godziwą pracę, jako wykształcony, pomysłowy, młody człowiek, wybrał taką drogę. Zarabiał krocie, ale wpadając cały czas w tarapaty szybko je tracił.
-A co u ciebie, Mike?
-E tam...
-No nieźle. Nawet mój najlepszy przyjaciel nie chce ze mną gadać.
Spędzili około dwóch godzin na nieszczególnie sensownych pogaduszkach. Fajnie. Fajnie poudawać, że jest się normalnym człowiekiem.
Prawda?
czwartek, 26 marca 2015
Bezlitośnie ozyszczający deszcz
Widzimy urywki świata. Urywki historii innych ludzi.Urywki innych ludzi. urywki urywków. Fragmenty, które nigdy nie składają się w całość, bo zwyczajnie do siebie nie pasują. Mimo, że każdy chciałby się wpasować. Żyjemy tacy, jacy się rodzimy-na wpół ślepi, ledwo przytomni i rozbici na tysiące małych kawałków, próbujących zlepić się w jedno, bezkształtne "ja". A może w trakcie życia tak naprawdę nam się pogarsza?
-Ale poczekajcie! Zrozumcie! Daliście mi tylko jego nazwisko i adres...Nikt mi, do cholery jasnej, nie powiedział, że gość ma brata, który będzie siedział w jego mieszkaniu! Nikt mi, do chole...
-Zamkniesz się?
Rudzielec cicho pisnął, gdy do podbródka przystawili mu lufę. Było ich chyba siedmiu. Wróć, ośmiu. Jeden grzebał w bagażniku szarego volvo.
-Twoje życie nic nie znaczy. Przynajmniej nie tutaj i nie teraz-wycedził facet w szarym kapturze-I wiesz o tym doskonale. Właściwie-zaczął, odsuwając broń od ofiary-nie zasługujesz, by żyć. Byłeś gotowy zabić człowieka, którego nawet nie znasz, za pieniądze? Aj aj aj...
-Przecież robisz to samo!-wrzasnął nieludzkim głosem. Jak prowadzone na ubój zwierze, które podświadomie odczuwa nadchodzącą śmierć.
-Nie, miły. Ja zabijam takie śmieci jak ty. Zostaniesz ukarany za zamordowanie niewinnego człowieka...
-Przecież nikt nie jest bez winy!-wykwiczał rudy nerwowo poruszając szczęką.
-Racja. Zwłaszcza ty-odparł Szary Kaptur pociągając za spust.
Powietrze przesyciło się hukiem i krwią, której małe kropelki przez chwilę unosiły się w powietrzu jak mgła. Na polu walały się szczątki mózgu.
-W sumie...Posłaliśmy frajera na pewną śmierć-wycedził, wycierając pistolet-ten skurw...on na pewno ma więcej zabezpieczeń w domu, niż prezydent. W końcu nie tylko ja chciałbym się go pozbyć. Jack, zabierz to ode mnie-szepnął, rzucając bronią w stronę kolegi-długo tego nie zniosę.
-Policja donosi o kolejnym morderstwie, które zostało...
Jenna wyłączyła telewizor. Właśnie skończyła wypełniać akta Maxa. Teraz siedziała, usiłując pozbierać myśli i rozsypane po podłodze kartki i fotografie.
-Ci ludzie...Co oni mogą mieć wspólnego?!
Sześćdziesięciodwuletni profesor biotechnologii. Czterdziestopięcioletni menedżer dużej firmy budowlanej. Dwudziestoletnia prostytutka...
-Skup się, stara. Skup się!
Trzydziestoczteroletnia sekretarka. Terrorysta o bliżej nieznanej dacie urodzenia, pewnie też koło trzydziestki. Szesnastoletni muzyk; na szczęście nie zginął, ale był w jakiś sposób związany z tym wszystkim. Musiał być.
Wszyscy mieszkali w Ohio. Na zwłokach każdego z nich znaleziono ten jeden, wyryty lub nabazgrany na różnych częściach ciała napis:
Wspaniały program stworzony przez Boga.
Nic więcej ich nie łączyło, nie było żadnych informacji o tym, by kiedykolwiek się poznali, a mimo to za śmiercią każdego z nich stał ten sam szalony umysł.
Wspaniały program stworzony przez Boga.
Bóg nie tworzy wspaniałych programów, pomyślała. Gdyby tak było, już dawno by posłuchał modlitw Jenny i ich zatopił. Wszystkich. Tych bardziej i mniej złych czy dobrych, bogatych i biednych, zakonnice i utrzymanki, bardziej i mniej słabych, młodych i starych, ślepych i częściowo świadomych. Niech spadnie deszcz. Bezlitośnie oczyszczający deszcz. Niech woda zmieni to miasto, ten stan, ten kraj, ten świat w rwącą rzekę, tonącą w oceanie. Niech zmyje cały brud i poniesie te oślizgłe ciała ze sobą. Niech najedzą się nimi wodne zwierzęta.
Bezlitośnie oczyszczający deszcz. Wspaniały program stworzony przez Boga...
Rzuciła wszystkie papiery na biurko. Nie miała już sił-skronie jej pulsowały jak dwa maleńkie serca.
A za oknem zaczęła się jesienna ulewa.
-Ale poczekajcie! Zrozumcie! Daliście mi tylko jego nazwisko i adres...Nikt mi, do cholery jasnej, nie powiedział, że gość ma brata, który będzie siedział w jego mieszkaniu! Nikt mi, do chole...
-Zamkniesz się?
Rudzielec cicho pisnął, gdy do podbródka przystawili mu lufę. Było ich chyba siedmiu. Wróć, ośmiu. Jeden grzebał w bagażniku szarego volvo.
-Twoje życie nic nie znaczy. Przynajmniej nie tutaj i nie teraz-wycedził facet w szarym kapturze-I wiesz o tym doskonale. Właściwie-zaczął, odsuwając broń od ofiary-nie zasługujesz, by żyć. Byłeś gotowy zabić człowieka, którego nawet nie znasz, za pieniądze? Aj aj aj...
-Przecież robisz to samo!-wrzasnął nieludzkim głosem. Jak prowadzone na ubój zwierze, które podświadomie odczuwa nadchodzącą śmierć.
-Nie, miły. Ja zabijam takie śmieci jak ty. Zostaniesz ukarany za zamordowanie niewinnego człowieka...
-Przecież nikt nie jest bez winy!-wykwiczał rudy nerwowo poruszając szczęką.
-Racja. Zwłaszcza ty-odparł Szary Kaptur pociągając za spust.
Powietrze przesyciło się hukiem i krwią, której małe kropelki przez chwilę unosiły się w powietrzu jak mgła. Na polu walały się szczątki mózgu.
-W sumie...Posłaliśmy frajera na pewną śmierć-wycedził, wycierając pistolet-ten skurw...on na pewno ma więcej zabezpieczeń w domu, niż prezydent. W końcu nie tylko ja chciałbym się go pozbyć. Jack, zabierz to ode mnie-szepnął, rzucając bronią w stronę kolegi-długo tego nie zniosę.
-Policja donosi o kolejnym morderstwie, które zostało...
Jenna wyłączyła telewizor. Właśnie skończyła wypełniać akta Maxa. Teraz siedziała, usiłując pozbierać myśli i rozsypane po podłodze kartki i fotografie.
-Ci ludzie...Co oni mogą mieć wspólnego?!
Sześćdziesięciodwuletni profesor biotechnologii. Czterdziestopięcioletni menedżer dużej firmy budowlanej. Dwudziestoletnia prostytutka...
-Skup się, stara. Skup się!
Trzydziestoczteroletnia sekretarka. Terrorysta o bliżej nieznanej dacie urodzenia, pewnie też koło trzydziestki. Szesnastoletni muzyk; na szczęście nie zginął, ale był w jakiś sposób związany z tym wszystkim. Musiał być.
Wszyscy mieszkali w Ohio. Na zwłokach każdego z nich znaleziono ten jeden, wyryty lub nabazgrany na różnych częściach ciała napis:
Wspaniały program stworzony przez Boga.
Nic więcej ich nie łączyło, nie było żadnych informacji o tym, by kiedykolwiek się poznali, a mimo to za śmiercią każdego z nich stał ten sam szalony umysł.
Wspaniały program stworzony przez Boga.
Bóg nie tworzy wspaniałych programów, pomyślała. Gdyby tak było, już dawno by posłuchał modlitw Jenny i ich zatopił. Wszystkich. Tych bardziej i mniej złych czy dobrych, bogatych i biednych, zakonnice i utrzymanki, bardziej i mniej słabych, młodych i starych, ślepych i częściowo świadomych. Niech spadnie deszcz. Bezlitośnie oczyszczający deszcz. Niech woda zmieni to miasto, ten stan, ten kraj, ten świat w rwącą rzekę, tonącą w oceanie. Niech zmyje cały brud i poniesie te oślizgłe ciała ze sobą. Niech najedzą się nimi wodne zwierzęta.
Bezlitośnie oczyszczający deszcz. Wspaniały program stworzony przez Boga...
Rzuciła wszystkie papiery na biurko. Nie miała już sił-skronie jej pulsowały jak dwa maleńkie serca.
A za oknem zaczęła się jesienna ulewa.
Etykiety:
akcja,
andy the poet,
bezlitosne,
bóg,
broń,
deszcz,
detektyw,
killer,
kira,
kryminał,
morderca,
opowiadanie,
pisać,
pocisk,
program,
strzał,
sumienie,
śmierć,
tajemnica,
zabójca
czwartek, 25 grudnia 2014
Victor
-Co do...
Kolana się pod nim ugięły, a oddech przyspieszył.
"Wykituję. Jak nic wykituję..."
Resztkami sił otworzył okno i upadł na łóżko. Ściana. Guzik.
-Spokojnie...Uspokój się.
Po chwili z niedużego głośniczka usłyszał dobrotliwy głos pielęgniarki.
-Max? Dobrze się czujesz? Halo...Skończyłeś już rozmawiać? Co robisz? Jakoś ciężko oddychasz...
Nie zauważył, kiedy przyszła. Pamięta tylko okrągłe jak kamyczki pigułki i strumień zimnej wody w gardle.
-Ciii...Będzie dobrze...
Z okna powiał chłodny wiatr. Kobieta podniosła się, by je zamknąć, a Max delikatnie zwrócił głowę w jego stronę. Miękki, szarawy zmierzch opadał na zmęczone brudem miasto.
-Oszalałeś młody? Chciałeś się przeziębić?
-Psze pani...-czuł, że odpływa.-Na dworze jest przecież ciepło.
★
Jenna złapała się za głowę. Podobno Max miał jakiś atak paniki. Teraz spał, wykończony i nafaszerowany tabletkami. A ona musiała czekać aż się obudzi, popijając wodniste americano.
Nie lubiła kliniki, zimnej i białej, bez żadnej smugi brudu czy życia. Jako detektyw rzadko interesowała się pacjentami. Max był wyjątkiem...Koniec. Wystarczy.
-Idę zapalić-burknęła. Często mówiła do siebie.
Wstała z krzesła i skierowała się w stronę szklanych drzwi. Otworzyły się bezdźwięcznie.
Victor miał siedemnaście lat. Mniej więcej w wieku Maxa. Nie byli podobni, wręcz przeciwnie. Vic nie umiał nawet grać na cymbałkach, nie mówiąc o zakładaniu zespołu. Krępy blondyn, urodzony sportowiec, kiepski matematyk. Dusza towarzystwa. Nabijał się z takich dzieciaków jak Max.
-Z braku prawdziwych problemów zajmują się pierdołami.
Czasami zbyt gruboskórny, ale nie zły czy głupi. Miał skłonność do generalizowania.
W ogóle nie przypominał Maxa. Poza tą jedną chwilą...
-Mamo.
Mówił. Rozpoznawał ją!
-Vic! Kochanie...Synku...Ty...
-Umieram, wiesz?
Czasami człowiek czuje, że spada na niego niebo, całe i naraz. I wiemy, że nie damy rady, ale chcemy je udźwignąć.
-Co ty gadasz, młody! Co ty gadasz...Nabierasz sił, przeszczep został przyjęty! Ty...
Ten uśmiech. Chyba on decydował o podobieństwie.
-Nie, mamo. Nie jest dobrze. To t y c h c e s z, by było dobrze...
Pogłaskał jej rękę.
-Kto będzie napastnikiem w naszej drużynie? Nie nadają się zupełnie...
Roześmiał się cichutko i zamknął oczy. Nierówny pisk EKG. Zawołała lekarza.
Zabrali Victora na salę operacyjną.
Po trzech godzinach leżał znów w białej, szpitalnej pościeli. Nieżywy.
Max był wtedy taki jak on-blady i bezbronny, nie umiał nawet sam oddychać.
-Jenny...Wstał. Chcesz go już wziąć na spytki?
Kolana się pod nim ugięły, a oddech przyspieszył.
"Wykituję. Jak nic wykituję..."
Resztkami sił otworzył okno i upadł na łóżko. Ściana. Guzik.
-Spokojnie...Uspokój się.
Po chwili z niedużego głośniczka usłyszał dobrotliwy głos pielęgniarki.
-Max? Dobrze się czujesz? Halo...Skończyłeś już rozmawiać? Co robisz? Jakoś ciężko oddychasz...
Nie zauważył, kiedy przyszła. Pamięta tylko okrągłe jak kamyczki pigułki i strumień zimnej wody w gardle.
-Ciii...Będzie dobrze...
Z okna powiał chłodny wiatr. Kobieta podniosła się, by je zamknąć, a Max delikatnie zwrócił głowę w jego stronę. Miękki, szarawy zmierzch opadał na zmęczone brudem miasto.
-Oszalałeś młody? Chciałeś się przeziębić?
-Psze pani...-czuł, że odpływa.-Na dworze jest przecież ciepło.
★
Jenna złapała się za głowę. Podobno Max miał jakiś atak paniki. Teraz spał, wykończony i nafaszerowany tabletkami. A ona musiała czekać aż się obudzi, popijając wodniste americano.
Nie lubiła kliniki, zimnej i białej, bez żadnej smugi brudu czy życia. Jako detektyw rzadko interesowała się pacjentami. Max był wyjątkiem...Koniec. Wystarczy.
-Idę zapalić-burknęła. Często mówiła do siebie.
Wstała z krzesła i skierowała się w stronę szklanych drzwi. Otworzyły się bezdźwięcznie.
Victor miał siedemnaście lat. Mniej więcej w wieku Maxa. Nie byli podobni, wręcz przeciwnie. Vic nie umiał nawet grać na cymbałkach, nie mówiąc o zakładaniu zespołu. Krępy blondyn, urodzony sportowiec, kiepski matematyk. Dusza towarzystwa. Nabijał się z takich dzieciaków jak Max.
-Z braku prawdziwych problemów zajmują się pierdołami.
Czasami zbyt gruboskórny, ale nie zły czy głupi. Miał skłonność do generalizowania.
W ogóle nie przypominał Maxa. Poza tą jedną chwilą...
-Mamo.
Mówił. Rozpoznawał ją!
-Vic! Kochanie...Synku...Ty...
-Umieram, wiesz?
Czasami człowiek czuje, że spada na niego niebo, całe i naraz. I wiemy, że nie damy rady, ale chcemy je udźwignąć.
-Co ty gadasz, młody! Co ty gadasz...Nabierasz sił, przeszczep został przyjęty! Ty...
Ten uśmiech. Chyba on decydował o podobieństwie.
-Nie, mamo. Nie jest dobrze. To t y c h c e s z, by było dobrze...
Pogłaskał jej rękę.
-Kto będzie napastnikiem w naszej drużynie? Nie nadają się zupełnie...
Roześmiał się cichutko i zamknął oczy. Nierówny pisk EKG. Zawołała lekarza.
Zabrali Victora na salę operacyjną.
Po trzech godzinach leżał znów w białej, szpitalnej pościeli. Nieżywy.
Max był wtedy taki jak on-blady i bezbronny, nie umiał nawet sam oddychać.
-Jenny...Wstał. Chcesz go już wziąć na spytki?
poniedziałek, 10 listopada 2014
Nieudany Bóg
Człowiek od zawsze próbuje stworzyć Boga. Albo uczynić nim coś już istniejącego. Alchemia i astronomia, sztuczna inteligencja i superbohaterowie. Podświadome dążenie do poznania i okiełznania Boga, którego istnienie wydaje się sprawą drugorzędną.
Mike chciał być Bogiem. I to bardzo. Nie chodziło o ego czy zamiłowanie do władzy i potęgi. Taki Bóg ma bardzo odpowiedzialne zadanie-ponosi winę za wszystko, nawet to, czego nie zrobił i wysłuchuje cierpliwie ludzi, zarzucających Mu efekty własnej głupoty.
Ale bycie Bogiem daje też wielkie możliwości, a tego pragnął Michael. Od małego marzył, by ratować setki i tysiące istnień-przeszczepiać serca, nerki, czemu by nie fragmenty mózgu! Wskrzeszać tych, na których nikt już nie liczył i nie czekał, od lat podłączonych do maszyn czy ubieranych do trumny. Chciał czynić cuda.
A sam został ukrzyżowany. Bez zmartwychwstania.
Nienawidził tej pracy i wszystkiego, co z nią związane. Tlenionej recepcjonistki, obleśnej wykładziny, wiecznie zepsutego ekspresu do kawy, opasłego właściciela, nerwowych drgawek dyrektora, stukającej obcasami sekretarki, śmierdzącego prosektorium, trupów, biało-niebieskich urządzeń. Zakazu palenia, przeklinania i zastanawiania się, co ty tu do cholery robisz i gdzie się podziały twoje plany i marzenia.
Bo człowiek nie zawsze zmienia się na lepsze.
Kiedyś udzielał wywiadu. Chyba po otrzymaniu jakiejś ogólnokrajowej, niezbyt interesującej nagrody. Dostał pozłacany medal z żelaza, ładnie oprawiony dyplom z pergaminu i trochę pieniędzy. Chyba je przepił w ciągu tygodnia. Zazwyczaj był bardzo oszczędny, ale tym razem dolary ciążyły mu w kieszeni.
-Jak pan myśli-Młody dziennikarz nerwowo spojrzał na niego spod czerwonych Ray Banów-Jak by Pan zareagował? Co by Pan powiedział jako piętnastolatek, gdyby spotkał Pan dorosłą wersję siebie? Człowieka, jakim Pan teraz jest?
Chyba wtedy stwierdził, że zmarnował sobie życie. Dokumenty, skalpele i nocne zmiany nie pozwalały mu tego wcześniej zauważyć.
-Uderzyłbym się w twarz. Nikt mnie nigdy nie rozczarował swoim tchórzostwem i obojętnością bardzo, jak ja sam.
Mike chciał być Bogiem. I to bardzo. Nie chodziło o ego czy zamiłowanie do władzy i potęgi. Taki Bóg ma bardzo odpowiedzialne zadanie-ponosi winę za wszystko, nawet to, czego nie zrobił i wysłuchuje cierpliwie ludzi, zarzucających Mu efekty własnej głupoty.
Ale bycie Bogiem daje też wielkie możliwości, a tego pragnął Michael. Od małego marzył, by ratować setki i tysiące istnień-przeszczepiać serca, nerki, czemu by nie fragmenty mózgu! Wskrzeszać tych, na których nikt już nie liczył i nie czekał, od lat podłączonych do maszyn czy ubieranych do trumny. Chciał czynić cuda.
A sam został ukrzyżowany. Bez zmartwychwstania.
Nienawidził tej pracy i wszystkiego, co z nią związane. Tlenionej recepcjonistki, obleśnej wykładziny, wiecznie zepsutego ekspresu do kawy, opasłego właściciela, nerwowych drgawek dyrektora, stukającej obcasami sekretarki, śmierdzącego prosektorium, trupów, biało-niebieskich urządzeń. Zakazu palenia, przeklinania i zastanawiania się, co ty tu do cholery robisz i gdzie się podziały twoje plany i marzenia.
Bo człowiek nie zawsze zmienia się na lepsze.
Kiedyś udzielał wywiadu. Chyba po otrzymaniu jakiejś ogólnokrajowej, niezbyt interesującej nagrody. Dostał pozłacany medal z żelaza, ładnie oprawiony dyplom z pergaminu i trochę pieniędzy. Chyba je przepił w ciągu tygodnia. Zazwyczaj był bardzo oszczędny, ale tym razem dolary ciążyły mu w kieszeni.
-Jak pan myśli-Młody dziennikarz nerwowo spojrzał na niego spod czerwonych Ray Banów-Jak by Pan zareagował? Co by Pan powiedział jako piętnastolatek, gdyby spotkał Pan dorosłą wersję siebie? Człowieka, jakim Pan teraz jest?
Chyba wtedy stwierdził, że zmarnował sobie życie. Dokumenty, skalpele i nocne zmiany nie pozwalały mu tego wcześniej zauważyć.
-Uderzyłbym się w twarz. Nikt mnie nigdy nie rozczarował swoim tchórzostwem i obojętnością bardzo, jak ja sam.
Wycięli ten fragment. Nie pasował do lukrowanego portretu człowieka pracy.
Za to idealne pasował do Mike'a.
*
-Bierzesz jakieś leki, Max? Bez których nie możesz się obejść?
Pogoda za oknem wciąż beznadziejna. Niedługo nadejdzie krótka, mroźna zima, pełna sanek i bałwanów.
Bałwanów w Ameryce nigdy nie brakowało.
Wróci niedługo do Los Angeles. Zaczną się z chłopakami ostro przygotowywać do Nowego Roku-tłumy młodych i zbuntowanych same się nie zabawią...Oni i alkohol będą czynnikiem nadrzędnym.
-Yyy, słucham? No, nie...
Bo nie brał leków. Choć powinien. I radził sobie bez nich. Choć nie powinien.
-Dobrze...To było chyba ostatnie pytanie. Daj mi znać, jakbyś czegoś potrzebował.
Zastukał palcami w brudną szybę.
-Właściwie...Już potrzebuję. Czy mógłbym od Pani zadzwonić?
-Zabiorę komórkę przy obchodzie-zawołała pielęgniarka na odchodne. Miła kobieta. W końcu za to jej płacą...
W słuchawce cichutko zaszeleściło.
-Halo?
-Hannah? To ja...
-Max?
-Ważko...
-Maxi, gdzie jesteś? Coś się stało?-Głos dziewczyny lekko zmiękł.
-Czy...Mogę Ci coś wyznać? Chodzi o dziadka Phila. I jego brata...Wydaje mi się od dłuższego czasu, że dziadek nie zrobił tego sam. Myślę, że został...A...w tym palce.
-...sze cię.
-Co...wisz?
Koniec. Rozłączyło ich. Albo raczej rozłączył. Ciężko to nazwać przypadkiem.
Na ekranie pojawiło się powiadomienie.
"Nie ufaj nikomu, nigdy i za nic, bo chciwi ludzie nie znają granic...Chesz żyć? MILCZ."
Ekran zgasł, a telefon odmawiał włączenia się.
-Co do...
Chyba jednak potrzebował tych leków. Wujek miał rację. O ile...
Wystarczy. Czas wyjść na zewnątrz. Albo zwariować, do wyboru.
Etykiety:
akcja,
andy six,
andy the poet,
kryminał,
morderca,
muzyka,
opowiadanie,
pisać,
pocisk,
poeta,
strzał,
szpital,
sztuka,
śmierć,
tajemnica
wtorek, 21 października 2014
3. Gwiazdy
Obudziła go nieznośna cisza.
Pikanie maszyn ustało. Nie wiedział tego, po prostu czuł, że coś jest nie tak. Próbował obrócić głowę w lewo. Nie mógł.
-Zaraz..
Wyrwał rurki tlenowe z nosa i rzucił się na podłogę, wywracając przy tym wątłe, szpitalne łóżko i kroplówkę, której, mimo rozpaczliwych prób, nie umiał się pozbyć.
-Spokojnie. Jak się opanujesz, dasz radę ze wszystkim. Jezu, nic nie widzę...
Podpełzł po omacku do małej, zielonej lampki na sporym urządzeniu przy oknie i delikatnie wyjął rurkę kroplówki z 'motylka'. Czy jak się to cholerstwo w jego ręce nazywało.
-Po co się było tak szarpać, idioto?-wymamrotał, zlizując krew z ust.
Trzeba się stąd wydostać. Gdziekolwiek był.
-Max?
Odskoczył z przerażenia, uderzając przy tym głową w parapet.
-Dobrze się czujesz?
★
W granatowe niebo wzleciała chmura szarego, papierosowego dymu.
-Kiedy ostatnio patrzyłeś na gwiazdy?
Stali na betonowych schodach przy tylnym wejściu i czekali. Mike miał dyżur, a ona...Nie lubiła domu. Zwłaszcza wieczorem.
-Na pewno przed rozpoczęciem pracy tutaj...
Zaciągnęła się i rzuciła niedopałek na brunatną trawę. Wyglądał jak gwiazda. Małe, czerwone światełko. Choinkowa lampka. Nie wolno im było palić.
-Idź do domu, Jenny. Jest już późno...
-Nie szkodzi. Posiedzę tu z tobą.
Mimo, że akurat stali.
-Nie zamierzasz wracać?
Pokręciła przecząco głową.
"Zaraz wybuchnę"pomyślał. Nie potrafił znieść tej ciszy. I jej smutku...Zmieniła się.
-Przepraszam-wyszeptał-Naprawdę mi przykro. Tak chciałbym ci pomóc...W końcu jestem twoim przyjacielem.
Strzepała resztki popiołu z płaszcza i otworzyła skrzypiące, szklane drzwi.
-Idę sprawdzić co u młodego, ok?
Michael usiadł, opierając się plecami o poręcz. Nie próbował jej zatrzymywać.
-Debil...Ale ze mnie debil...
Przecież ona tak bała się litości.
★
-Brakowało tylko wstrząsu mózgu...
-Wstrząśnienia.
Jenna spojrzała na chłopca badawczo.
-Słucham?
-Wstrząśnienia-odparł-Powinno się mówić wstrząśnienia.
Westchnęła głośno i wyruszyła ramionami. W szkołach najwyraźniej nic się nie zmieniło. Kolejne pokolenie napychane jest bezużyteczną, wyspecjalizowaną wiedzą. Tak przynajmniej to wyglądało.
-Zaraz ci wszystko wytłumaczę...Twoi rodzice mieszkają tutaj, nie? Znasz ich numer telefonu?
Najwyraźniej nie miał wstrząśnienia mózgu, bo pięć minut później Jenna dodzwoniła się do jego matki. Kobieta o miękkim, niskim głosie. Z lekkim południowym akcentem. Kalifornia?
-Dziękuję pani za informacje...Tak się cieszę, że nic mu nie jest! Straciłam rok temu ojca, a wczoraj wuja. Co prawda dawno z nim nie rozmawiałam. Konflikt...Ale jednak! A teraz jeszcze syn! To byłby zbyt wielki cios. Ja...Nie mogę...Boże, dzięki Ci!
Chwila.
-Przepraszam, że dopytuję...Pani wuj?
-Profesor postrzelony wczoraj w nocy...Przeprowadzacie państwo sekcję zwłok...Kojarzy pani?
Jenna upusciła telefon na laminowaną podłogę.
Max był krewnym profesora!
-Ciekawe ile jeszcze żyć padnie ofiarą czyichś ambicji...
Podniosła komórkę i wybrała numer Michaela. To nie mogło czekać do jutra.
Bo jutro może nigdy nie nadejść.
Pikanie maszyn ustało. Nie wiedział tego, po prostu czuł, że coś jest nie tak. Próbował obrócić głowę w lewo. Nie mógł.
-Zaraz..
Wyrwał rurki tlenowe z nosa i rzucił się na podłogę, wywracając przy tym wątłe, szpitalne łóżko i kroplówkę, której, mimo rozpaczliwych prób, nie umiał się pozbyć.
-Spokojnie. Jak się opanujesz, dasz radę ze wszystkim. Jezu, nic nie widzę...
Podpełzł po omacku do małej, zielonej lampki na sporym urządzeniu przy oknie i delikatnie wyjął rurkę kroplówki z 'motylka'. Czy jak się to cholerstwo w jego ręce nazywało.
-Po co się było tak szarpać, idioto?-wymamrotał, zlizując krew z ust.
Trzeba się stąd wydostać. Gdziekolwiek był.
-Max?
Odskoczył z przerażenia, uderzając przy tym głową w parapet.
-Dobrze się czujesz?
★
W granatowe niebo wzleciała chmura szarego, papierosowego dymu.
-Kiedy ostatnio patrzyłeś na gwiazdy?
Stali na betonowych schodach przy tylnym wejściu i czekali. Mike miał dyżur, a ona...Nie lubiła domu. Zwłaszcza wieczorem.
-Na pewno przed rozpoczęciem pracy tutaj...
Zaciągnęła się i rzuciła niedopałek na brunatną trawę. Wyglądał jak gwiazda. Małe, czerwone światełko. Choinkowa lampka. Nie wolno im było palić.
-Idź do domu, Jenny. Jest już późno...
-Nie szkodzi. Posiedzę tu z tobą.
Mimo, że akurat stali.
-Nie zamierzasz wracać?
Pokręciła przecząco głową.
"Zaraz wybuchnę"pomyślał. Nie potrafił znieść tej ciszy. I jej smutku...Zmieniła się.
-Przepraszam-wyszeptał-Naprawdę mi przykro. Tak chciałbym ci pomóc...W końcu jestem twoim przyjacielem.
Strzepała resztki popiołu z płaszcza i otworzyła skrzypiące, szklane drzwi.
-Idę sprawdzić co u młodego, ok?
Michael usiadł, opierając się plecami o poręcz. Nie próbował jej zatrzymywać.
-Debil...Ale ze mnie debil...
Przecież ona tak bała się litości.
★
-Brakowało tylko wstrząsu mózgu...
-Wstrząśnienia.
Jenna spojrzała na chłopca badawczo.
-Słucham?
-Wstrząśnienia-odparł-Powinno się mówić wstrząśnienia.
Westchnęła głośno i wyruszyła ramionami. W szkołach najwyraźniej nic się nie zmieniło. Kolejne pokolenie napychane jest bezużyteczną, wyspecjalizowaną wiedzą. Tak przynajmniej to wyglądało.
-Zaraz ci wszystko wytłumaczę...Twoi rodzice mieszkają tutaj, nie? Znasz ich numer telefonu?
Najwyraźniej nie miał wstrząśnienia mózgu, bo pięć minut później Jenna dodzwoniła się do jego matki. Kobieta o miękkim, niskim głosie. Z lekkim południowym akcentem. Kalifornia?
-Dziękuję pani za informacje...Tak się cieszę, że nic mu nie jest! Straciłam rok temu ojca, a wczoraj wuja. Co prawda dawno z nim nie rozmawiałam. Konflikt...Ale jednak! A teraz jeszcze syn! To byłby zbyt wielki cios. Ja...Nie mogę...Boże, dzięki Ci!
Chwila.
-Przepraszam, że dopytuję...Pani wuj?
-Profesor postrzelony wczoraj w nocy...Przeprowadzacie państwo sekcję zwłok...Kojarzy pani?
Jenna upusciła telefon na laminowaną podłogę.
Max był krewnym profesora!
-Ciekawe ile jeszcze żyć padnie ofiarą czyichś ambicji...
Podniosła komórkę i wybrała numer Michaela. To nie mogło czekać do jutra.
Bo jutro może nigdy nie nadejść.
poniedziałek, 6 października 2014
2. Celny strzał
Coś się działo. Widziała to w twarzy Michaela, z której znikł uśmiech, a nawet zarost-poerwszorzędne oznaki jego dobrego humoru.
-Kolejny przypadek, Jenna. Trzeci w tym tygodniu...
O nie.
Znowu zaczną się spekulacje, grzebanie w zaschniętych tkankach i niekończące się rozmowy z roztrzęsionymi bliskimi. I trzeba to znieść. Siła czy cynizm? Nieważne. Na jedno wychodzi...
-Wykonali już sekcję zwłok?
Beżowy korytarz wypełniała cisza. Nawet niewygodne i irytujące szpilki Jenny nie wydawały żadnego dźwięku. Nienawidzili tego idiotycznego dywanu w kwadraty, ale cóż. Przy pensji, jaką dostawali, każda wykładzina stawała się znośna.
-Nie.
-Czemu? Nie możemy tracić czasu...
Coś zgrzytnęło. Gruby, zaspany facet w garniturze wyruszył zapewne po kolejną kawę.
-Bo ofiara żyje. Dziura postrzałowa tuż pod płucem. Szczęście...
-Albo misterny plan i zastraszanie.
Na opalonej twarzy Mike'a ukazał się lekki uśmieszek. Dziwnie ją to uspokoiło. Zawsze mu ufała i w niego wierzyła, może nawet za bardzo.
-Geniusz czy paranoik? Twoje teorie mnie zachwycają.
-Na jedno wychodzi-burknęła.
Życie jest jednak proste. Liczy się sterylny efekt, a cele i środki pozostawmy filozofom. Niech rozstrzygają, gdy już będzie po wszystkim.
★
-Cholerne korki-mruknął profesor.-Ile można?
Wciąż ustające dostawy prądu podczas pisania pracy naukowej naprawdę przestały go bawić. Znów musiał wstać i sprawdzić bezpieczniki.
Poszedł w stronę holu przesuwając kościstymi palcami po ścianie.
Zamarł.
-Wydaje ci się, staruszku...-wymamrotał sam do siebie.-Potrzebujesz odpoczynku...
-Nie wydaje ci się.
Ten mdły szept rozpoznałby wszędzie.
-To nie ja! Przysięgam! To...
Huk, brzdęk tłuczonego szkła i głuche stęknięcie. I tyle. Skamieniało wszystko, prócz cierpliwie cieknącej strugi krwi i tańczącej na wietrze firanki.
Cisza.
★
-To młody chłopak-wyjaśnił Michael otwierając przed nią drzwi.-O dziwo, nie ma już zagrożenia życia. Bardzo silny organizm, nawet z zakażeniem szybko żeśmy się uporali. Możesz go zobaczyć, a za parę dni to pewnie pogadacie.
Weszli do idealnie czystej, białej sali. W powietrzu nie unosiło się nic prócz sapliwego oddechu pacjenta i równomiernego pikania maszyn.
Tak, według Jenny, wygląda piekło. Perfekcja i czekanie.
-Śmiało, podejdź do niego.
Spojrzała. Ładny chłopak. Wysoki i szczupły, z pociągłą, bladą twarzą o lekko zarysowanych kościach szczęki i policzków. W pełnych wargach miał dwa kolczyki, a w nosie rurki tlenowe. Odgarnęła długą, czarną grzywkę.
-Śpi. Wszystko w porządku, nawet ruch gałek ocznych. Dzielny!
Cieszył ją dobry stan dzieciaka, ale ten obraz sprawiał niewymowny ból.
Koniec. Nie czas na wspomnienia. Siła i cynizm.
-Kto to?
-Max Brinsan, szesnastolatek mieszkający w Los Angeles z kumplami. Mają zespół i niezłe perspektywy z nim związane...Pochodzi stąd. Miał dziś odwiedzić rodziców.
-Tyle?
-Tak. To tyle.
-A mogę tu zostać? Nic nie zepsuję. Przysięgam.
-Hm, jeśli chcesz...
Idealnie białe drzwi otworzyły się bezgłośnie. Zostali sami. Tylko przy pogrążonym w śnie chłopcu pozwoliła sobie na łzy.
Siła i cynizm. Racja?
-Kolejny przypadek, Jenna. Trzeci w tym tygodniu...
O nie.
Znowu zaczną się spekulacje, grzebanie w zaschniętych tkankach i niekończące się rozmowy z roztrzęsionymi bliskimi. I trzeba to znieść. Siła czy cynizm? Nieważne. Na jedno wychodzi...
-Wykonali już sekcję zwłok?
Beżowy korytarz wypełniała cisza. Nawet niewygodne i irytujące szpilki Jenny nie wydawały żadnego dźwięku. Nienawidzili tego idiotycznego dywanu w kwadraty, ale cóż. Przy pensji, jaką dostawali, każda wykładzina stawała się znośna.
-Nie.
-Czemu? Nie możemy tracić czasu...
Coś zgrzytnęło. Gruby, zaspany facet w garniturze wyruszył zapewne po kolejną kawę.
-Bo ofiara żyje. Dziura postrzałowa tuż pod płucem. Szczęście...
-Albo misterny plan i zastraszanie.
Na opalonej twarzy Mike'a ukazał się lekki uśmieszek. Dziwnie ją to uspokoiło. Zawsze mu ufała i w niego wierzyła, może nawet za bardzo.
-Geniusz czy paranoik? Twoje teorie mnie zachwycają.
-Na jedno wychodzi-burknęła.
Życie jest jednak proste. Liczy się sterylny efekt, a cele i środki pozostawmy filozofom. Niech rozstrzygają, gdy już będzie po wszystkim.
★
-Cholerne korki-mruknął profesor.-Ile można?
Wciąż ustające dostawy prądu podczas pisania pracy naukowej naprawdę przestały go bawić. Znów musiał wstać i sprawdzić bezpieczniki.
Poszedł w stronę holu przesuwając kościstymi palcami po ścianie.
Zamarł.
-Wydaje ci się, staruszku...-wymamrotał sam do siebie.-Potrzebujesz odpoczynku...
-Nie wydaje ci się.
Ten mdły szept rozpoznałby wszędzie.
-To nie ja! Przysięgam! To...
Huk, brzdęk tłuczonego szkła i głuche stęknięcie. I tyle. Skamieniało wszystko, prócz cierpliwie cieknącej strugi krwi i tańczącej na wietrze firanki.
Cisza.
★
-To młody chłopak-wyjaśnił Michael otwierając przed nią drzwi.-O dziwo, nie ma już zagrożenia życia. Bardzo silny organizm, nawet z zakażeniem szybko żeśmy się uporali. Możesz go zobaczyć, a za parę dni to pewnie pogadacie.
Weszli do idealnie czystej, białej sali. W powietrzu nie unosiło się nic prócz sapliwego oddechu pacjenta i równomiernego pikania maszyn.
Tak, według Jenny, wygląda piekło. Perfekcja i czekanie.
-Śmiało, podejdź do niego.
Spojrzała. Ładny chłopak. Wysoki i szczupły, z pociągłą, bladą twarzą o lekko zarysowanych kościach szczęki i policzków. W pełnych wargach miał dwa kolczyki, a w nosie rurki tlenowe. Odgarnęła długą, czarną grzywkę.
-Śpi. Wszystko w porządku, nawet ruch gałek ocznych. Dzielny!
Cieszył ją dobry stan dzieciaka, ale ten obraz sprawiał niewymowny ból.
Koniec. Nie czas na wspomnienia. Siła i cynizm.
-Kto to?
-Max Brinsan, szesnastolatek mieszkający w Los Angeles z kumplami. Mają zespół i niezłe perspektywy z nim związane...Pochodzi stąd. Miał dziś odwiedzić rodziców.
-Tyle?
-Tak. To tyle.
-A mogę tu zostać? Nic nie zepsuję. Przysięgam.
-Hm, jeśli chcesz...
Idealnie białe drzwi otworzyły się bezgłośnie. Zostali sami. Tylko przy pogrążonym w śnie chłopcu pozwoliła sobie na łzy.
Siła i cynizm. Racja?
Etykiety:
agenci,
akcja,
andy six,
andy the poet,
broń,
historia,
killer,
kryminał,
morderca,
muzyka,
opowiadanie,
pisać,
pocisk,
poeta,
profesor,
strzał,
szpital
Subskrybuj:
Posty (Atom)